Transformers: Ostatni Rycerz

Jeśli ktoś się zastanawia, jak Transformers: Ostatni Rycerz wypada w porównaniu z poprzednimi odsłonami serii, uzyska odpowiedź prostą. Ten film nie jest ani gorszy, ani też lepszy od Zemsty upadłych czy chociażby Wieku zagłady. Jest dokładnie taki sam – to znaczy oferuje kapitalne efekty specjalne, niezbyt inteligentny scenariusz, wreszcie porcję humoru sprofilowaną pod dwunastolatków. A jeśli ten sam ktoś się spyta, co robi tu Anthony Hopkins, to odpowiedź również go nie zaskoczy. Otóż Anthony tu zarabia. I to zarabia bardzo dobrze. Granie w produkcjach pokroju Blackway z pewnością mu nie służyło, więc postanowił coś zmienić. Scenariusza raczej na pewno nie czytał….

Pierwsze sceny filmu zaskakują. Można pomyśleć, że pomyliło się sale i wylądowało na Królu Arturze. Oto bowiem Anglicy biją z Saksonami. I powoli te widowiskowe starcie przegrywają. Słynny władca wierzy jeszcze, że z pomocą przyjdzie mu Merlin. Ten jednak – pijany w trzy pupy – wałęsa się na szkapinie po lasach. Ostatecznie odnajduje grotę, a w niej kilkanaście wielkich robotów, które na jego oczach łączą się w gigantycznego smoka i wyruszają do walki z najeźdźcami. Zostaje po nich miecz, z którym mag-przygłup zostaje lata później pochowany.

Akcja przenosi się w dzisiejsze czasy. Optimus Prime wraca na macierzystą planetę. Tam zostaje przekabacony przez złą robot-czarownicę i wyrusza wraz z całym swoim globem na Ziemię, by nas raz na zawsze zniszczyć. Tymczasem transformery, które przetrwały poprzedni film, muszą się ukrywać przed wyłapującymi ich żołnierzami. Część z nich przygarnia na swoje złomowisko znany już widzom Cade Yeager. Zupełnie przypadkowo trafia tam również pyskata nastoletnia dziewczynka, a później robot-lokaj, który zabiera bohaterów do brytyjskiego arystokraty. Ten twierdzi, że Ziemi grozi zagłada i trzeba czym prędzej odnaleźć zwłoki Merlina.

Pewnie żaden fan wielkich widowisk nie zastanawia się, czy iść na Transformers: Ostatni Rycerz do kina. Po prostu idzie do IMAX-a, bo tylko wielki ekran gwarantuje prawdziwe emocje. Przeciętny widz może sobie tę produkcję odpuścić. Film trwa dwie i pół godziny, kipi wręcz akcją, ale i fatalnymi dialogami oraz fabularnymi nonsensami. Wątków jest kilka, ale żaden nie jest przesadnie emocjonujący, każdy ma bowiem na celu wyłącznie zaprezentowanie widowiskowych efektów specjalnych. Niektóre postacie znikają, by nieoczekiwanie powrócić po godzinie, inne kompletnie nie zazębiają się z pozostałymi. Film zaskakuje natomiast zwrotami akcji – są tak głupie, że trudno nie być zaskoczonym. Oczywiście można przymknąć na to wszystko oko, delektować się destrukcją i dobrze się bawić. Trzeba tylko niczego nie analizować. Nie kombinować. Nie myśleć. Spróbować się bawić. Tylko wtedy Transformers: Ostatni Rycerz okazuje się daniem zjadliwym.

Michał Zacharzewski

Transformers: Ostatni Rycerz, Transformers: The Last Knight, reż. Michael Bay, wyst. Mark Wahlberg, Anthony Hopkins, Josh Duhamel, Laura Haddock, Santiago Cabrera, Isabela Moner, Stanley Tucci

Ocena: 4,5/10

Polub nas na Facebooku!
Spis naszych recenzji na serwisie Media Krytyk.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s