Kingsman: Złoty krąg

Pierwsza część Kingsmana była zaskoczeniem. Pojawiła się w kinach niespodziewanie i błyskawicznie podbiła serca miłośników nowoczesnej rozrywki. Należała bowiem do tego samego nurtu co John Wick czy Atomic Blonde – a więc energetycznych filmów akcji osadzonych w fikcyjnej, komiksowej rzeczywistości. Kingsmana dodatkowo wyróżniał humor. Obraz śmiało mógł uchodzić za parodię szpiegowskich historyjek spod znaku Jamesa Bonda, a scena szalonej masakry w kościele przeszła do historii gatunku.

Kingsman: Złoty krąg już tak łatwo nie miała. Widzowie wiedzieli, czego się spodziewać, mieli też spore oczekiwania. Spełnienie ich – a więc przebicie tego, co oferowała część pierwsza – było zadaniem trudnym. Nic dziwnego, że Matthew Vaughn mu nie podołał i nakręcił film gorszy od oryginału. Niewiele jednak gorszy, gdyż równie szybki, nie mniej efektowny i co najmniej tak samo śmieszny. Jeśli czegoś zabrakło, to efektu zaskoczenia i równie spektakularnej sceny co ta wieńcząca poprzedni akapit.

Zaraz na początku wszystkie siedziby Kingsmanów zostają zniszczone. Przeżywa jedynie Eggsy (Taron Egerton) i Merlin (Mark Strong). Udaje im się ustalić, że odpowiedzialność za ataki ponosi ukrywająca się gdzieś w azjatyckiej dżungli Poppy (Julianne Moore), producentka trefnych narkotyków. Zostały one odpowiednio zmodyfikowane i w ciągu kilku dni zabiją miliony ludzi, chyba że wcześniej prezydent USA pójdzie na ustępstwa. Bohaterowie nie mają wyboru. Muszą zewrzeć szyki ze swoimi amerykańskimi odpowiednikami.

Charakter filmu nie zmienił się. To wciąż szalone kino akcji pełne dynamicznych bijatyk i efektownych strzelanin, a także gadżetów rodem z powieści science-fiction. Do przezroczystych parasolek-karabinów dołączają chociażby elektryczne lassa, a także granaty plujące kleistą mazią. Matthew Vaughn raz po raz udowadnia, że ma olbrzymi talent inscenizacyjny. Nawet zwykły pościg samochodowy w jego wykonaniu zamienia w spektakularne widowisko, jakiego dotąd nie widzieliśmy. James Bond naprawdę może się schować.

Jeśli czegoś się czepiać, to nieco większej ilości wulgarnych i głupawych tekstów, niewykorzystanych postaci granych przez Jeffa Bridgesa i Channinga Tatuma, wepchniętego nieco na siłę Eltona Johna, wreszcie… zmartwychwstania Harry’ego (Colin Firth). Wątek z jego udziałem długo irytuje, jednak gdy na końcu gość staje ramię w ramię z swoim najzdolniejszym uczniem, robi się naprawdę ciekawie. W efekcie Kingsman: Złoty krąg wciąż bawi.

Michał Zacharzewski

Kingsman: Złoty krąg, Kingsman: The Golden Circle, USA 2017, reż. Matthew Vaughn, wyst. Taron Egerton, Julianne Moore, Colin Firth, Mark Strong, Halle Berry, Jeff Bridges, Channing Tatum, Elton John, Michael Gambon, Pedro Pascal, Poppy Delevingne, Emily Watson

Ocena: 7/10

Polub nas na Facebooku!
Spis naszych recenzji na serwisie Media Krytyk.  

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Kingsman: Złoty krąg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s