Boska Florence

zdalaFlorence Foster Jenkins to postać tragiczna. Przyszła na świat w 1868 roku w bogatej amerykańskiej rodzinie i jeszcze jako dziecko marzyła, by śpiewać w operze. Ojciec, wpływowy prawnik, nie był przekonany do tego wyboru córki i nie zamierzał opłacać jej szkoły. Siedemnastoletnia dziewczyna uciekła do Filadelfii razem z zaprzyjaźnionym, starszym od niej lekarzem. Szybko wyszła za niego za mąż i utrzymywała się z lekcji gry na pianinie. Szczęście znalazła dopiero w ramionach kolejnego małżonka, aktora estradowego St. Claira Bayfielda.

Spadek po ojcu, który otrzymała w 1909 roku, pozwolił jej porzucić pracę i zainwestować w siebie. Florence zaczęła uczyć się śpiewu i już po trzech latach zaczęła występować na scenie. Nikt nie miał wątpliwości, że jest beztalenciem. Miała fatalną dykcję, często gubiła rytm, myliła melodie, a nawet słowa. Zdobyła jednak popularność, gdyż widzów jej popisy zwyczajnie bawiły. Ona sama nie zdawała sobie sprawy ze swoich niedostatków. Wierzyła, że śmiechy na widowni to przejaw zawodowej zazdrości. Dzięki pieniądzom, wsparciu męża i pasji dopięła swego – nagrała płytę i zaśpiewała w Carnegie Hall. Zmarła miesiąc później, w 1944 roku.

Sławę przywróciła jej sztuka „Boska!” Petera Quiltera z 2005 roku, którą w Polsce wystawiła Krystyna Janda. W tym roku do kin trafił inspirowany jej życiem francuski film Marguerite oraz amerykańska Boska Florence Stephena Frearsa. To z pewnością dobre kino, balansujące na granicy komedii i dramatu. Bohaterka na początku budzi śmieszność. Jej popisy wokalne w brawurowym wykonaniu Meryl Streep robią spore wrażenie. Im dalej jednak wchodzimy w jej świat, im lepiej poznajemy oddanego jej męża (świetny Hugh Grant) i scenicznego partnera, pianistę Cosmé McMoona (nie gorszy Simon Helberg), tym bardziej dostrzegamy tragiczną stronę jej osobowości.

Film bawi, wzrusza, śmieszy, czaruje swym ciepłem i dystansem do sportretowanych postaci. Szkoda tylko, że nie wykorzystuje potencjału, jaki niesie ze sobą życie Florence. Ba, zostawia o nim mylne wyobrażenia. W rzeczywistości artystka współpracowała z McMoonem przez ponad dwadzieścia lat. Mieli wiele wspólnych rytuałów, a także zwyczajów scenicznych. Przykładowo podczas wykonania podczas „Clavelitos” zwykła rzucać w widownię kwiatami, które muzyk później zbierał, by wykorzystać je podczas kolejnego koncertu. Prawdopodobnie zdawała sobie sprawę z tego, jak jest odbierana, ale wierzyła, że ma grono wiernych sympatyków. I rzeczywiście je miała, mąż niczego nie musiał załatwiać.

W kontekście Smoleńska sporo się mówi o tym, czy film powinien być wierny faktom, czy też swobodnie je interpretować i zmieniać. W biografii takiej jak Boska Florence zmiany na szczęście aż tak bardzo nie bolą. Dzięki nim obraz stał się spójniejszy i pewnie ciekawszy. Mógł jednak być jeszcze lepszy. Kino to przecież nie teatr ani bryk z historii…

Michał Zacharzewski

Boska Florence, reż.: Stephen Frears, wyst.: Metyl Streep, Hugh Grant, Simon Helberg

Ocena: 7/10

 

Reklamy

6 uwag do wpisu “Boska Florence

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.