
Wraz z drugą odsłoną fazy czwartej Marvel Cinematic Universe przenosimy się na Daleki Wschód. Tam właśnie tysiące lat temu niejaki Xu Wenwu (Tony Leung – Wielki mistrz, Trzy królestwa) odnajduje dziesięć magicznych pierścieni. Zyskuje dzięki nim nieśmiertelność i niezwykłą siłę, które wykorzystuje do założenia gigantycznego kartelu przestępczego i decydowania o losach królestw. Przez cały ten czas szuka magicznej wioski Ta Lo.
Zaraz na wstępie opowiedzianej w Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni historii odnajduje pochodzącą stamtąd Ying Li, w której zakochuje się ze wzajemnością. I to właśnie Xu Wenwu i Ying Li są rodzicami Shang-Chi (Simu Liu). Wychowywany przez przedwcześnie owdowiałego ojca chłopak nie chce być kolejnym zabójcą w jego armii i dlatego jako nastolatek ucieka z domu. Poznajemy go jako parkingowego pracującego w eleganckim hotelu w San Francisco i spędzającego wolny czas ze swoją dobrą kumpelą, Katy (Awkwafina – Kłamstewko, Sąsiedzi 2). Prowadzącego normalne, spokojne życie… do czasu, kiedy odnajdą go ludzie jego ojca.
Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni oferuje to, co oferowały wcześniejsze produkcje Marvela – wielkie widowisko. Sceny akcji, chociażby bójka w autobusie czy starcie na rusztowaniach wieżowca w Makau, są nieziemską efektowne i kapitalnie sfilmowane. Swoje robi też olbrzymia dawka humoru, za który odpowiada będąca w doskonałej formie Awkwafina. Gdzieś w połowie seansu film zaczyna zbliżać się do klasycznych chińskich baśni pokroju Hero z wojownikami latającymi w powietrzu i bambusowymi polankami, na których świetnie się walczy i medytuje.
Jak się to ma do uniwersum Marvela? Ano dokładnie tak, jak miała się do niego Czarna Pantera. Niby nijak – oglądaliśmy historię czarnoskórego superbohatera w jego naturalnym środowisku – ale w kolejnych filmach dołączał on do reszty ekipy i prowadzał się z tymi wszystkimi Thorami, Hulkami czy Kapitanami Marvelami. W Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni oglądamy historię azjatyckiego superbohatera w jego naturalnym środowisku i zyskujemy przekonanie graniczące z pewnością, że Shang-Chi wkrótce dołączy do Avengersów. Na razie przeżywa swoje przygody, utrzymane w stylu komedii kumplowskiej pożenionej z chińskim widowiskiem fantasy.
Ma to wady? Ano ma. Chociażby bolesne nielogiczności i liczne naiwności scenariusza oraz kilka niepotrzebnych dłużyzn, do tego dość przeciętny finał przywołujący na myśl… disnejowską Rayę i ostatniego smoka. Ale i tak każdy fan amerykańskich blockbusterów powinien Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni obejrzeć. Marvel nie schodzi poniżej określonego poziomu i kropka.
Zobacz, jeśli:
– Lubisz produkcje Marvela
– Lubisz dalekowschodnie baśnie
Odpuść sobie, jeśli:
– Nie przepadasz za azjatyckimi klimatami
– Liczysz na zwartą, logiczną opowieść
Michał Zacharzewski
Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni, Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings, 2021 reż. Destin Daniel Cretton, wyst. Simu Liu, Tony Leung, Awkwafina, Ben Kingsley, Meng’er Zhang, Fala Chen, Michelle Yeoh, Wah Yuen, Florian Munteanu, Benedict Wong, Brie Larson, Mark Ruffalo
Ocena: 7/10
Polub nas na Facebooku i Twitterze.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.
Sprawdź dostępność na platformach filmowych i VOD.
4 uwagi do wpisu “Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni”