Bohemian Rhapsody

Po dogłębnej analizie i rozpatrzeniu wszystkich „za” i „przeciw” stwierdzam, że to nie jest film o zespole Queen. To nie jest nawet film o Mercurym. To film o jego karierze. Moim zdaniem to błąd. Produkcje, które zwracają uwagę na dzieciństwo bohatera, są z reguły ciekawsze. Także takie, które skupiają się na krótkim fragmencie czyjegoś życia, z reguły tym najbardziej dramatycznym. Tu tymczasem zaserwowano nam laurkę. Owszem, nie pozbawioną rys, ale zaskakująco mało dramatyczną. Tak byśmy mogli po wyjściu z kina stwierdzić, że Freddie wielkim wokalistą był i kropka.

Rok 1970. Farrokh Bulsara pracuje na lotnisku, a wieczorami – jak każdy młody człowiek – poznaje życie nocnego Londynu. Pewnego dnia w ucho wpada mu zespół Smile i w przypływie odwagi proponuje im swoje usługi wokalne. Ma podwójne szczęście. Po pierwsze okazuje się, że umie śpiewać, po drugie tego samego dnia odszedł etatowy wokalista kapeli. Wkrótce Farrokh przyjmuje pseudonim Freddie Mercury, zaś jego nowy zespół – już jak Queen – wyrusza zdezelowanym vanem na podbój Wielkiej Brytanii.

Jeśli chodzi o wspomnianą karierę, to będzie tu wszystko: pierwszy sukces, podbój Ameryki, kłótnie z producentem o przełomową płytę A Night at the Opera, liczne eksperymenty muzyczne, niesamowite koncerty, doskonała zabawa w studio, ale i kłótnie zakończone kilkuletnim zawieszeniem działalności Queen. Będzie też o związku Mercury’ego z Mary Austin i stopniowym odkrywaniu przez niego zainteresowania mężczyznami (obowiązkowo wąsatymi). Pojawi się też AIDS, a przede wszystkim dużo oryginalnej muzyki. Ktoś, kto zna Królową jedynie pobieżnie, dostanie pakiet podstawowych informacji o zespole, niekiedy mocno naciąganych bądź wręcz nieprawdziwych. Ale co więcej?

No właśnie nie wiem. Bohemian Rhapsody ma niewątpliwie fenomenalne sceny koncertowe i napakowany jest wspaniałą muzyką. Rami Malek (Noc w muzeum: Tajemnica grobowca, Saga „Zmierzch”: Przed świtem. Część 2) dwoi się i troi, by wiernie odtworzyć sceniczne ruchy Mercury’ego. Brakuje mu jednak charyzmy wokalisty, a jego zęby zbyt mocno rzucają się w oczy. Pozostali aktorzy nie zapadają w pamięć. Nikt się nie wyróżnia, nikt nie tworzy wyjątkowej kreacji. Nawet Mike Myers.

Kompletnie nic nie dowiadujemy się o pozostałych członkach zespołu, bądź co bądź znakomitych muzykach, a temat AIDS zostaje jednie poruszony. Rodzice wokalisty pełnią rolę statystów, są tylko po to, by widz uronił łzę pod koniec projekcji. Do rangi prawdziwego dramatu urasta tęsknota Freddiego za Mary Austin, obrazowana banalnym zapalaniem lampki na biurku. Freddie gdzieś w połowie filmu się gubi. Mniej więcej wtedy, kiedy wyjawia ukochanej prawdę o sobie. Wtedy też i my przestajemy go rozumieć. To kolejna słabość filmu.

Jestem jednak przekonany, że niedzielni fani Queen wyjdą z kin zadowoleni. Ci prawdziwi być może również, w końcu zobaczą hołd złożony ich ukochanemu wokaliście i usłyszą olbrzymią porcję jego fenomenalnej muzyki. Ten film nie dorównuje klasą Mercury’emu. Jest jak tandetna podróbka czyjegoś niezwykłego życia. Przebojowa, ale pusta.

Zobacz, jeśli:
– Wychowałeś się na muzyce Queen
– Nie znasz Queen, ale chcesz poznać

Odpuść sobie, jeśli:
– Oczekujesz rzetelnej, prawdziwej biografii
– Liczysz na dobry, ambitny dramat

Michał Zacharzewski

Bohemian Rhapsody, 2018, reż. Bryan Singer, wyst. Rami Malek, Lucy Boynton, Gwilym Lee, Ben Hardy, Joseph Mazzello, Tom Hollander, Allen Leech, Mike Myers

Ocena: 6/10

Polub nas na Facebooku!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.