Marsz pingwinów 2: Przygoda na krańcu świata

Dwanaście lat temu pingwiny wyruszyły w swoją pierwszą wędrówkę. Luc Jacquet nakręcił o nich film dokumentalny Marsz pingwinów, przeznaczony raczej dla młodszej publiczności. Nieskomplikowana, bajkowa narracja połączona z fenomenalnymi zdjęciami oraz ciekawą opowieścią złożyły się na dość nieoczekiwany sukces. Nic dziwnego, że Jacquet postanowił wrócić do tematu. Tym razem jednak nie zachwycił.

Marsz pingwinów 2: Przygoda na krańcu świata nie jest oczywiście filmem złym. Trudno nie docenić ogromu pracy, jaki włożyli w niego twórcy. Dotarli na mroźny kontynent, zebrali efektowny materiał filmowy, nakręcili zdjęcia, które robią spore wrażenie. Opowiedzieli o niezwykłych zwierzętach i nie przyszło im do głowy ich wystrzelanie, co pewnie zarządziłby polski minister. Śmiało można więc zabrać dzieciaki do kina. Pokazać im piękno przyrody, zaciekawić pingwinami, spędzić osiemdziesiąt minut w towarzystwie Piotra Fronczewskiego doskonale wywiązującego się z roli narratora.

Tyle że wszystko to już było. Marsz pingwinów 2: Przygoda na krańcu świata opowiada właściwie tę samą historię – o wysiadywaniu jajek, kursowaniu do morza i z powrotem, opiekowaniu się maluchem. Jego powolnym dorastaniu. Twórcy nie zasypują nas przy tym faktami i tym samym nie wnoszą wiele  do naszej wiedzy o pingwinach. Dzielą się informacjami oszczędnie, często ograniczając do opisania tego, co widać na ekranie. O sporych rozmiarów pigułce wiedzy, jaką serwują telewizyjne filmy przyrodnicze, można więc zapomnieć.

Zdjęcia też się trochę opatrzyły. Wszystkie współczesne produkcje są zjawiskowe i na ich tle Marsz pingwinów 2: Przygoda na krańcu świata wygląda raczej przeciętnie. To znaczy wciąż pięknie, ale nie lepiej niż setka innych filmów z Enchanted Kingdom 3D na czele. Dość powiedzieć, że dużo lepsze wrażenie niż zimowe „plenery” robią zdjęcia podwodne, pojawiające się pod koniec produkcji. Razi nieco archaiczny język tłumaczenia, wtrącane od czasu do czasu słowa rodem z babcinych książeczek. Zniknęły natomiast piosenki, ustępując miejsca nastrojowej muzyce.

Rodzi się pytanie, czy powstanie Marszu pingwinów 2 jest uzasadnione. Część pierwsza nie zestarzała się na tyle, by kręcić jej remake. A to jest remake, jakby nie patrzeć. Wtórny, mało oryginalny, ale przyjemny w odbiorze. Ktoś powie, że fajnych filmów przyrodniczych nigdy za wiele – i będzie miał rację. Ktoś inny doda, że wolałby poznać życie białych miśków, które nie doczekały się swojego kinowego hitu. I też będzie miał rację. Jaki z tego wniosek? Cóż, cieszmy się pingwinami, póki możemy. Z kin znikają bowiem bardzo szybko…

Michał Zacharzewski

Marsz pingwinów 2: Przygoda na krańcu świata,  L’empereur, Francja 2017, reż. Luc Jacquet.

Ocena: 5/10

Polub nas na Facebooku!
Spis naszych recenzji na serwisie Media Krytyk.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s