
Taco Hemingway od lat nagrywa niezwykłe albumy i wiele z nich śmiało można nazwać płytami koncepcyjnymi. Tak było z Marmurem, który opowiadał o pobycie artysty w fikcyjnym, za to dość eleganckim hotelu. Taka jest też Café Belga, który okazuje się muzycznym wywiadem mieszającym trap z popem i hip-hopem.
Tytułowa kawiarnia znajduje się w Belgii i to właśnie tam Taco spotyka się na wywiad. W tle słychać muzykę, gwar rozmów, ale też dziwny spokój. Bo to miejsce, w którym wokalista może uciec od swojej popularności. W ZTM wydźwięk jest zresztą podobny, bo to wspomnienie czasów, gdy mógł krążyć po mieście autobusami i pisać w nich piosenki. Dziś by to już nie przeszło. We Wszystko na niby, jednym z najlepszych utworów na płycie, mamy krytykę środowiska artystycznego, a w Reżyseria: Kubrick próbę spojrzenia na pracę, którą Taco wykonuje.
Właśnie te utwory definiują kierunek, w jaki podąża Café Belga. To płyta o show-biznesie, zmęczeniu sławą, nieco nostalgicznej tęsknocie za przeszłością, perspektywach (2031) czy potrzebach (Adieu). Taco Hemingway pozostaje tu sobą; artystą tworzącym ciekawe teksty, niezwykle sprawnym językowo i w sposób efektowny rapującym. Gorzej mu idzie ze śpiewaniem, choć w świecie popu nie ma to większego znaczenia – grunt, że utwory zebrane na Café Belga mają przebojowy vibe.
Taco Hemingway jawi się tu przede wszystkim jako artysta dojrzały. Nie jest kolesiem, który w kaskadzie przekleństw chwali się swoimi pijackimi imprezami albo usiłuje przekonać konkurentów, że ma grubszy portfel i fajniejszych kumpli. To facet, który wie już sporo o życiu, nie jest do końca z niego zadowolony, który wie, że sporo zyskał, ale też sporo stracił. I stara się do swoich słuchaczy o tym mówić.
Joel
Taco Hemingway, Café Belga
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.