Battle Royale

Niewiele jest dzieł, które jednocześnie oczarowałyby Quentina Tarantino i zapoczątkowały modę na zupełnie nowy tryb rozrywki w grach komputerowych. W sumie to znam tylko jeden taki film. Battle Royale. Japoński, niezwykle krwawy thriller, przez wielu uważany za kultowy. Szkoda więc, że fabularnie to stek komiksowych bzdur i nonsensów, żartów rodem z horrorów klasy C i scenek zapożyczonych z głupawych japońskich kreskówek.

Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, kiedy to kryzys gospodarczy doprowadził do wzrostu postaw anarchistycznych w społeczeństwie. Najgorszą sytuację odnotowano w szkołach, w których nieraz dochodziło do ataków uczniów na nauczycieli. Władze nie potrafiły sobie z tym zjawiskiem poradzić, dlatego przepchnęły przez parlament ustawę o Battle Royale. Co roku jedna wyjątkowo oporna klasa zostaje wysłana na wyspę i doświadcza tam czegoś, co znają fani komputerowego Fortnite: Battle Royale. Otóż każdy z uczniów dostaje broń i ma trzy dni na wyrżnięcie pozostałych. Tylko jedna osoba może wrócić do normalnego życia. Ta, która tę masakrę przetrwa.

Na początku filmu jeden z uczniów atakuje nauczyciela. Zadaje mu cios nożem i ucieka. Rok później jego klasa za karę zostaje siłą wywieziona na wyspę. Winni, niewinni, nie ma znaczenia, mają się teraz wyrżnąć. Reżyserem całego tego widowiska (nietransmitowanego jednak w żaden sposób) zostaje zaatakowany nauczyciel. To on rządzi w centrum nadzoru, do którego regularnie zaglądamy. Zamyka kolejne fragmenty wyspy, odczytuje nazwiska zmarłych. Bo dzieciaki szybko biorą się do zabijania. Oczywiście zabawa nie jest fair. Niektórzy dostają tak nieprzydatne sprzęty jak latarki czy noże, inni dzięki pistoletom i karabinom zyskują automatyczną przewagę. Są tacy, którzy postanawiają się ukrywać, rezygnują z walki. Inni wręcz przeciwnie…

Pomysł, by wrzucić kilkadziesiąt dzieciaków w eleganckich szkolnych mundurkach na niegościnną wyspę i kazać im się wzajemnie mordować, jest po japońsku perwersyjny. Niewątpliwie też ma swój urok i jestem w stanie zrozumieć, dlaczego oczarował widzów. Zwłaszcza że wszyscy zachowują się tutaj jak bohaterowie dalekowschodnich kreskówek. Wrzeszczą na siebie, histeryzują, reagują w przesadnie efektowny sposób. Gorzej, że niektórzy z nich okazują się później prawdziwymi terminatorami. Wielokrotnie trafieni, wciąż się podnoszą z ziemi i sypią kolejnymi monologami.

W jednej z najbardziej kuriozalnych scen jedna z ciężko rannych postaci ostatecznie umiera, by nagle wstać z ziemi, odebrać telefon i najspokojniej w świecie odbyć rozmowę. Takich patentów jest więcej. Na szczęście bardziej śmieszą one niż irytują. Trudno jednak doszukiwać się w Battle Royale jakichś głębszych analiz społecznych (poza banalnym „też zamordowałbyś kumpla, gdyby od tego zależało twoje życie”) czy choćby morału. Jest tylko widowisko. Zakręcone, może nawet chore, ale nierówne.

Zobacz, jeśli:
– Lubisz filmy, które lubi Tarantino
– Chętnie dowiesz się, skąd się wzięły tryby Battle Royale
– Podobają ci się japońskie krwawe, zakręcone produkcje

Odpuść sobie, jeśli:
– Oczekujesz sensownego scenariusza

Michał Zacharzewski

Battle Royale, Batoru rowaiaru, 2000, reż. Kinji Fukasaku, wyst. Takeshi Kitano, Tatsuya Fujiwara, Aki Maeda, Tarô Yamamoto, Kô Shibasaki, Chiaki Kuriyama, Masanobu Ando, Sôsuke Takaoka, Takashi Tsukamoto

Ocena: 5/10

Polub nas na Facebooku.
Spis naszych recenzji na serwisie Media Krytyk.
Sprawdź dostępność
na platformach filmowych i VOD.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.