Brightburn: Syn ciemności

Brakowało mi takiego filmu. Obrazu charakterystycznego dla lat osiemdziesiątych minionego wieku, zgrabnie łączącego science fiction z horrorem. A przecież kiedyś to był standard. Kosmici przylatywali na Ziemię i urządzali sobie polowania na ludzi. Czasami przejmowali nad nimi kontrolę, innym razem mordowali ich niczym wytrawni myśliwi. Ostatnie lata zdominowały tymczasem horrory spirytystyczne oraz demoniczne. Te kosmiczne należały do rzadkości.

Brightburn: Syn ciemności rozpoczyna się od sceny, w której małżeństwo starające się od lat o dziecko jest świadkiem uderzenia meteorytu (kolejna scena charakterystyczna dla kina sprzed kilku dekad). Dekadę później wychowuje już chłopca, Brandona. Młodzieniec wydaje się całkowicie normalny, jednak w pewnym momencie zaczyna świrować. Nocą lunatykuje, z niejasnych powodów próbuje dostać się do piwnicy w stodole, a za dnia zachowuje się agresywnie. W pewnym momencie dopuszcza się nawet morderstwa. Zabija nieprzychylną mu matkę koleżanki…

Trudno nie połączyć faktów i nie domyślić się, że chłopak spadł z nieba. Nie wyrósł jednak na nowego Supermana i nie zamierza zdejmować kotów z drzew czy pomagać Batmanowi w walce ze złoczyńcami. Sam staje się złoczyńcą! Nam, widzom, wydaje się to oczywiste i… tu pojawia się główny zgrzyt filmu, jakże charakterystyczny dla współczesnego kina. Otóż bohaterowie zbyt późno dostrzegają prawdziwą naturę zła, z którym mają do czynienia. Zresztą w ogóle postawmy się na miejscu rodziny Brandona. Ludzie ci mają świadomość, że dziecko spadło im z nieba, że prawdopodobnie nie jest człowiekiem. A mimo to udają, że nie widzą, co się dzieje. Kombinują znacznie wolniej od widza.

Na szczęście Brightburn: Syn ciemności ogląda się nieźle, zwłaszcza jako połączenie Supermana z Omenem. Ma na to wpływ szybkie tempo akcji i fajny klimat amerykańskiej prowincji. Trudno nazwać film przełomowym, upierać się, że wprowadza on nową jakość na łono gatunku. To po prostu kawał całkiem niezłej rozrywki. Nieco innej niż produkowane hurtowo horrory o demonach, upiorach i widmach.

Zobacz, jeśli:
– Lubisz horrory
– Kochasz komiksy
– Boisz się morderczych dzieci

Odpuść sobie, jeśli:
– Liczysz na głęboki portret psychologiczny bohaterów

Michał Zacharzewski

Brightburn: Syn ciemności, Brightburn, 2019, reż. David Yarolevsky, wyst. Elizabeth Banks, David Denman, Jackson A. Dunn, Abraham Clinkscales, Matt Jones

Ocena: 7/10

Polub nas na Facebooku!

Jedna uwaga do wpisu “Brightburn: Syn ciemności

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.