Na skrzydłach orłów

Ten film cierpi na przypadłość polskiego Zerwanego kłosa. W zamyśle opowiada wzruszającą, jak najbardziej prawdziwą historię, ale robi to tak nieporadnie, że właściwie nie wiadomo, dlaczego ta historia ma wzruszać. Serio, nie rozumiem, dlaczego Erica Liddella stawia się na piedestale, kiedy de facto porzucił własną rodzinę i robił wiele, by nigdy do niej nie powrócić.

Kim był Eric Liddell? Wybitnym biegaczem, który podczas Igrzysk Olimpijskich w Paryżu w 1924 roku ustanowił rekord na dystansie 400 metrów. Jednocześnie odmówił biegu na swym koronnym dystansie stu metrów, bo musiałby biec w niedzielę. A niedziela, jak wiadomo, jest dniem świętym. Rok później zrezygnował z kariery sportowej, odrzucił intratne kontrakty i przeniósł się do Chin, gdzie został misjonarzem. Założył jednak rodzinę i miał dzieci.

Akcja Na skrzydłach orłów rozpoczyna się kilkanaście lat później, już podczas inwazji japońskiej. Eric odsyła ciężarną żonę i dwie córki do Europy, obiecując im, że wkrótce do nich dołączy. Zostaje z sierotami, którymi się opiekował (co opiewa kuriozalna scena zbombardowania małego chłopca). Wkrótce później mężczyzna traci dom i samochód, ale – co zostaje podkreślone – wybacza najeźdźcom. Jedyną pamiątkę po ojcu sprzedaje, by kupić za nią lekarstwa potrzebne chorym. Wreszcie trafia do obozu…

W tę produkcję włożono sporo pieniędzy. Docenić należy stroje, scenografię, rekwizyty, nawet zdjęcia. Jako całość Na skrzydłach orłów kompletnie się jednak nie sprawdza. Reżyser Stephen Shin niemal bez przerwy posiłkuje się narratorem, który naiwnych słowach opowiada to, co widać na ekranie. A widać boleśnie sztuczne sceny – symbole. Pożegnanie z rodziną, utratę domu, wspomniana śmierć małego chłopca, dziecinny fortel, który pozwala przewieźć leki przez japońską kontrolę. Jedzenie, które nieskazitelny Eric dostaje w obozie i natychmiast oddaje współwięźniom.

Wiele scen jest wręcz kuriozalnych. Przykładowo pierwsze, co ma zrobić bohater po wielodniowej podróży samochodem, to pomodlić się z umierającym pacjentem. Nawet minuty nie odpoczywa, nie wita się z dawno niewidzianym bratem. W obozie mimo głodu co chwila zmienia ubrania, dostaje nawet modną kurtkę z kapturem oraz sowiecką futrzaną czapkę, ale do biegu w śniegu startuje już bez butów. Jeśli do tego dodać słabą grę Josepha Fiennesa, który – podobnie jak w Wiośnie 1941 – bez przerwy robi cierpiącą minę, to sprawa wydaje się jasna. Liddell być może był ciekawą postacią, ale Na skrzydłach orłów kompletnie nie umie tego pokazać. Fatalna robota.

Michał Zacharzewski

Na skrzydłach orłów, On Wings of Eagles, 2016, reż. Stephen Shin, wyst. Joseph Fiennes, Shawn Dou, Jesse Kove, Elizabeth Arends, Augusta Xu-Holland, Richard Sanderson

Ocena: 2,5/10

Polub nas na Facebooku!
Spis naszych recenzji na serwisie Media Krytyk.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s