Joint Venture

zdalaPodczas gdy Polacy wciąż zmagają się z materią i serwują widzom kolejne mało strawne komedie romantyczne, Brytyjczycy od lat kręcą produkcje lekkie i przyjemne. Przede wszystkim dlatego, że romans nigdy nie był dla nich najważniejszy. Nawet w Czterech weselach i pogrzebie pojawiał się gdzieś na drugim planie. Ważniejsze było międzyludzkie ciepło i humor sytuacyjny. Wulgaryzmy? Seks? Tego tutaj nie ma.

Grace dotychczas wiodła szczęśliwe życie żony. Miała domek w Kornwalii, ogród ze szklarnią (do roślin zawsze miała rękę) i męża, który prowadził kilka firm. Nie musiała pracować. Aż pewnego dnia mąż wyciął jej numer i umarł. Okazało się, że pozostawił po sobie masę długów. Większość jego biznesów nie wypaliła, zapożyczył się więc w kilku bankach, zastawił posiadłość… Mieszkańcy miasteczka wspierają ją jak mogą, ale Grace ma świadomość, że zwolnienie pomagającego jej w utrzymaniu ogrodu Mathewa to tylko pierwszy krok. Kolejnym będzie sprzedaż wszystkiego, co udało jej się zgromadzić.

I wtedy właśnie Matthew prosi ją o poradę dotyczącą kilku kwiatków, które zasiał w tajemnicy tuż obok plebanii. Grace mimo ponad pięćdziesięciu lat na karku od razu rozpoznaje, że ma do czynienia z marihuaną. Mimo to lituje się nad byłym pracownikiem i przenosi jeden z krzaczków do swojej szklarni. Ten w przeciągu nocy wystrzeliwuje w górę. Nagle dla obojga staje się jasne, że jedyną szansą na uratowanie domu Grace jest założenie nielegalnej plantacji…

Subtelny, sytuacyjny humor jest siłą napędową Joint Venture. Obserwowanie starszej pani pielęgnującej marihuanę i testującej ją w pięknych okolicznościach przyrody wywołuje uśmiech na twarzy. Podobnie jak dwie sędziwe sklepikarki, które sądząc, że to herbata, zaparzyły sobie kilka listków. Do tego dochodzi plejada dziwacznych postaci drugoplanowych, jakże charakterystycznych dla brytyjskiego kina. Ich listę otwiera ksiądz oglądający co noc horrory, lecz jest też policjant polujący na rzecznych kłusowników oraz palący skręty lekarz.

Z tego filmu bije ciepło. Praktycznie nie ma tu postaci zimnych, negatywnych, knujących i bezwzględnie wyszukujących innych. Ludzie są prości, ale mają swoje rozumy. Nie są debilami stworzonymi na potrzeby komedii i obrażającymi inteligencję widza. Joint Venture ma też wymowę polityczną. Pokazuje obłudę ludzi walczących z trawką, którą pali się przecież masowo, a dopuszczających do sprzedaży znacznie bardziej szkodliwy alkohol. To akurat wcale nie jest śmieszne…

Wojciech Kąkol

Joint Venture, Saving Grace, reż. Nigel Cole, wyst. Brenda Blethyn, Craig Ferguson, Tcheky Karyo, Jamie Foreman

Ocena: 7/10

Polub nas na Facebooku!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s