Autopsja Jane Doe

zdalaŁowca trolli Andre Ovredala stał się już filmem kultowym. Utrzymane w konwencji dokumentu połączenie horroru i komedii zaskakiwało nie tylko udanymi efektami specjalnymi, ale i pomysłem. W dodatku było osadzone w lokalnym, skandynawskim folklorze, który reżyser w kapitalny sposób przekształcił na swoją modłę. Sukces odniósł tak duży, że upomniało się o niego Hollywood. Pytanie brzmiało, czy kasa wielkich studiów go nie zniszczy. Czy Ovredal zachowa indywidualny styl i stworzy coś więcej niż kolejny sztampowy horror z pieczątką „Made In USA”?

Policja z przeciętnego amerykańskiego miasteczka wkracza do równie przeciętnego domu. Na miejscu zastaje zmasakrowane zwłoki jego mieszkańców. Sprawiają wrażenie, jakby za wszelką cenę próbowali wydostać się na zewnątrz, jednak z jakiś powodów nie mogli. Śladów włamania czy choćby działania mordercy brak. Wreszcie jeden ze śledczych odkrywa w piwnicy jeszcze jedno ciało. Młodej, nagiej, nieznanej kobiety. Zgodnie z procedurą ofiara otrzymuje imię Jane Doe i zostaje przewieziona do koronera na autopsję.

Patolog Tommy (Brian Cox) prowadzi działalność w rozległych piwnicach własnego domu. W prowadzeniu autopsji pomaga mu syn Austin (Emile Hirsch), wykwalifikowany asystent medyczny. Chłopak wybiera się właśnie na randkę, jednak rezygnuje z niej, gdyż szeryfowi zależy na wynikach. Ciało Jane Doe ląduje na stole i rozpoczynają się oględziny. Zmarła pozornie jest w idealnym stanie. Skóra nieuszkodzona, brak ran czy zadrapań, śladów po duszeniu. Jednak im dłużej panowie się nią zajmują, tym więcej niepokojących detali zauważają. Torf pod paznokciami. Zasnute mgłą oczy. Złamane w kostkach kończyny i uszkodzone w nadgarstkach dłonie. Wreszcie tajemniczy materiał w przewodzie pokarmowym. Uszkodzone płuca. I przerażający tatuaż…

Dwie żywe osoby i jeden trup – i tak do końca filmu. Ovredal potwierdza, że ceni oryginalne pomysły i nie lubi podążania utartymi ścieżkami. Świetnie prowadzi aktorów, skupiając się na wzajemnych relacjach bohaterów, do tego umiejętnie buduje atmosferę tajemnicy. I dopóki Autopsja Jane Doe jest rzeczywiście autopsją Jane Doe, film niczym rasowy kryminał trzyma w napięciu. Kiedy jednak w połowie seansu zamienia się w horror, gubi gdzieś napięcie i zamienia się w przewidywalny horror klasy B. Zakończenie, choć niezłe, pozostawia pewien niedosyt.

Michał Zacharzewski

Autopsja Jane Doe, The Autopsy of Jane Doe, reż. Andre Ovredal, wyst. Emile Hirsch, Brian Cox, Ophelia Lovibond, Olwen Catherine Kelly

Ocena: 6/10

Polub nas na Facebooku!
Spis naszych recenzji na serwisie Media Krytyk

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Autopsja Jane Doe

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s