Jason vs. Zombies

Jason Voorhees, tajemniczy morderca z serii horrorów Piątek trzynastego, stał się już ikoną popkultury. Charakterystyczna hokejowa maska, którą nosił, po dziś dzień budzi w niektórych przerażenie. Gość taki jak on zasługuje na odpowiednio mroczną, pełną posoki zręcznościówkę. Niestety, póki co jej nie dostał…

Gra Jason vs. Zombies to strzelanina z widokiem z oczu bohatera. Tego typu produkcje, oferujące widok FPP oraz możliwość swobodnego przemieszczania się po trójwymiarowych poziomach, nie są zbyt popularne na komórkach. Twórcom wciąż nie udało się opracować wygodnego systemu sterowania. Ekran dotykowy to nie klawiatura z myszką, by można było mówić o precyzji. Wspominam o tym nieprzypadkowo. Jasonem z omawianej gry kieruje się za pomocą czterech guziczków (bieg w określonym kierunku) oraz środkowej części ekranu (obracanie głowy). Jest też guzik odpowiadający za strzelanie oraz przycisk zmiany broni. Działa to sprawnie, ale idealne wycelowanie we wroga jest trudne. Dlaczego? Bo nasz bohater jest szalenie czuły. Jeden ruch palcem i odwraca się o kilkadziesiąt stopni!

Najfajniejsze strzelaniny FPP mają ciekawą fabułę i rozbudowane poziomy. O Jason vs. Zombies wiemy jedynie tyle, że walczymy z zombiakami. Po kolei odblokowujemy pięć zamkniętych placów okraszonych jakimiś ozdobami, górkami, beczkami, wrakami samochodów, nagrobkami, skrzyniami, kontenerami, blokami, jakimiś skałami i innymi mało interesującymi obiektami. Poziomy są nieciekawe. Sprawiają wrażenie przypadkowych, zaprojektowanych na chybcika. Zwiedzanie ich nie ma sensu, bo po prostu nie ma tu czego oglądać.

Tytułowe zombiaki wyglądają jak zakrwawieni czarodzieje w płaszczach i nie mają wiele wspólnego z potworami z filmów. Pojawiają się pojedynczo, w dodatku znikąd. Początkowo stoją nieruchomo i czekają, aż gracz sam do nich przyjdzie, przedstawi się i przywita. Zajście ich od tyłu i zamordowanie z kilku metrów nie sprawia większych problemów. Kiedy  zaś zginą, w losowym miejscu pojawia się kolejny przeciwnik i zabawa zaczyna się od nowa.

Trzeba stanąć naprzeciwko zombiaka, by zorientował się, że powinien walczyć. Wtedy po prostu rzuca się na gracza, próbując go gryźć. Czasem też dziwnie podskakuje, co wygląda kuriozalnie. Bronie? Jest ich kilka. Podstawową jest proca, ale można też zdobyć m.in. siekierę czy karabin. Najlepiej za opłatą, gdyż twórcy programu zarabiają na mikropłatnościach. Za darmo dostać można natomiast apteczkę, która przynajmniej częściowo reperuje kondycję naszego bohatera.

Jason vs. Zombies ma słabą grafikę. Owszem, trójwymiarową, ale ozdobioną słabymi animacjami, szarymi, nieciekawymi teksturami i marnym designem poziomów. Muzyka również nie porywa, a dźwięki są zwyczajnie kiepskie. Dlatego właśnie nie mogę polecić tej gry nikomu,  nawet fanom Voorheesa. Jason nie byłby z niej dumny. Pewnie zabiłby jej twórców. Ale to akurat nie powinno nikogo dziwić.

WK

Jason vs. Zombies, Michael Sandt, iOS

Polub nas na Facebooku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.