Oto drugi tom Merde – historii Anglika we Francji. Bohater nazywa się Paul West i powoli zbliża się do trzydziestki. Przyjechał do Paryża, by założyć sieć herbaciarni. O ile towarzysko dosyć szybko odnalazł się w tym mieście, to zawodowo i kulturowo długo nie mógł sobie dać rady. Dla nas, czytelników, była to okazja do pośmiania się z Francuzów, wszechobecnych psich kup, totalnej nieznajomości języka angielskiego, wreszcie polityków, do których należy szef bohatera.
Paul miał w międzyczasie romans z jego córka, spotykał się z piękną artystką, a potem jej przyjaciółką o hinduskich korzeniach. I to właśnie jest punktem wyjścia tomu drugiego, rozgrywającego się bezpośrednio po zakończeniu tego pierwszego. Bohater stracił pracę, jednak wycyganił od szefa prawa do nazwy nieistniejącej jeszcze sieci herbaciarni. Teraz chce otworzyć własny lokal, jednak ten wymaga remontu. A to oznacza przeprawę z pochodzącą z Polski ekipą remontową oraz potencjalnymi pracownikami.
Najpierw jednak Paul wyjedzie ze swoją dziewczyną na wieś i przyjrzy się życiu na prowincji. Francuzom, którzy uciekli z miast i udają, że są farmerami. Tradycyjnie już będzie to okazją do pośmiania się z ich narodowych przywar i w sumie również ze stereotypowego patrzenia na świat przez Anglików. Gdzieś w tle migną kolejne romanse, kolejne problemy z byłym szefem, jednym słowem kolejne merde, w które Paul ładuje się z gracją słonia w składzie porcelany.
Niestety, Merde. W rzeczy samej jest słabsze od części pierwszej. Zniknął efekt nowości, fabuła stała się bardziej przewidywalna, a przede wszystkim rozpłynął się gdzieś humor. To znaczy książka nadal jest humorystyczna i lekko napisana, nadal stara się śmieszyć, ale nie bawi już tak jak oryginał. Takie życie.
Joel
Merde. W rzeczy samej, Merde Actually, Stephen Clarke, Wydawnictwo WAB
Polub nas na Facebooku!
Jedna uwaga do wpisu “Merde. W rzeczy samej”