Wielkie oczy

zdalaCukru w cukrze powinno być sto procent. A ile powinno być Burtona w Timie Burtonie? Okazuje się, że niekoniecznie aż tak dużo. Wielkie oczy to zupełnie inne kino niż to, do którego nas przyzwyczaił. Wciąż efektowne i niesamowite wizualnie, ale opowiadające zwyczajną historię w dość konwencjonalny sposób. Film wcale na tym jednak nie traci.

Główną bohaterką jest Margaret, młoda, piękna dama, która w połowie lat pięćdziesiątych porzuca swojego parszywego męża i z kilkuletnią córką ucieka do Kalifornii. Początkowo nie potrafi się tam odnaleźć. Nie zna miasta, nie ma w nim zbyt wielu przyjaciół, nie umie zarabiać. Próbuje co prawda utrzymywać się z malarstwa, jednak jej charakterystyczny styl przedstawiania dzieci – z wielkimi oczyma na pół twarzy – nie zyskuje poklasku nawet podczas festiwalu ulicznego. Przyciąga za to uwagę mężczyzny sprzedającego tuż obok swoje paryskie landszafty. Facet nazywa się Walter Keane i po kilkunastu randkach prosi Margaret o rękę.

Wydaje się, że to idealny kandydat na męża. Dobrze usytuowany, utalentowany, obeznany w artystycznym światku, wydaje się kochać kobietę nad życie. Początkowo świetnie się im układa, jednak po pewnym czasie pojawiają się zgrzyty. Oto bowiem Walter – promując obrazy żony – podaje się za ich autora. Twierdzi, że tak jest lepiej, że jako mężczyzna prędzej osiągnie finansowy sukces niż ona. Wycofana, nieśmiała Margaret początkowo na to przystaje. Z czasem, gdy dzieła opatrzone nazwiskiem Keane zaczynają odnosić sukcesy, zaczyna tego żałować…

Tę historię napisało życie, Burton nieco ją tylko podkolorował, dodał niezbędnego dramatyzmu i przeniósł na wielki ekran. Zrezygnował przy tym ze swoich „nadwornych” aktorów, do których przyzwyczaił widzów. Wielka szkoda, że tych, których zatrudnił, nie opanował. Waltz zdecydowanie przesadza, jego bohater jest ekspresywny, chwilami wręcz szalony, zdecydowanie dominuje na ekranie. No i od początku budzi przez to nieufność. Adams daje swojej bohaterce urodę, ale ginie gdzieś w cieniu swojego partnera z planu. Gra bowiem nieco zbyt zachowawczo, bardzo spokojnie odmalowuje Margaret. Być może rzeczywiście taka była?

Brakuje też w filmie artystycznego tła. Nie dowiadujemy się, co właściwie urzekło ludzi w pracach Keane, dowiadujemy się natomiast, co nie podobało się w nich krytykom. A może jej sukces był jedynie efektem marketingowej pracy jej męża? Wydaje się więc, że Wielkie oczy więcej mówią o przemocy domowej niż o sztuce jako takiej. Opowieść jest jednak interesująca, a zdjęcia doskonałe. Rytm filmu też jest właściwy, a brak dziwactw wychodzi tej opowieści na dobre. Burton wielokrotnie błądził, obok produkcji znakomitych podpisywał się pod słabymi. Ta może wybitna nie jest, swoje wady ma, ale ogląda ją z przyjemnością.

Wojciech Kąkol

Wielkie oczy, Big Eyes, reż. Tim Burton, wyst. Amy Adams, Christoph Waltz, Danny Huston, Jason Schwartzman, Terence Stamp

Ocena: 7/10

Polub nas na Facebooku!
Spis naszych recenzji na serwisie Media Krytyk.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s