Kiss – Kiss

To prawdopodobnie ostatni rok istnienia zespołu Kiss. Chłopaki nie czują się na siłach, by grać dalej, zresztą mają już za sobą pół wieku koncertowania. Chcą dobrze odpocząć. Raz już tak podpoczywali, przeszli na emeryturę trzy lata temu, grając finałowy koncert w Nowym Jorku. Potem wrócili jeszcze na chwilę i ponoć przygotowują też wirtualne show, by grać do końca świata i jeszcze dzień dłużej.

Tu jednak cofamy się do początków zespołu. Gene Simmons i Paul Stanley grali razem w Wicked Lester, wydali nawet płytę, ale uznali, że to nie jest kierunek, w którym chcieliby iść. W 1972 roku zaczęli więc na poważnie myśleć o założeniu własnego zespołu. Po roku Kiss grał już pierwsze próby i pracował nad swoim słynnym scenicznym image. Przygotowany materiał testował na pierwszych koncertach. Aż wreszcie nagrał debiutancki album – Kiss.

Zaczyna się on od Strutter, dynamicznego rockowego kawałka z chwytliwym riffem. Kolejny utwór, Nothin’ to Lose, to rasowy blues, po którym – już w Firehouse – zespół wraca do tempa i pazura. Te trzy utwory świetnie definiują materiał i przypominają chwilami dokonania dawnego AC/DC. Nietrudno zauważyć te same, bluesowe korzenie, ale też hardrockowe zacięcie i talent do wyrazistych riffów.

Do najlepszych utworów na krążku należy hardrockowy Cold Gin, podobny styl mają też Deuce, 100000 Years i Black Diamond. Love Theme from KISS to krótki kawałek instrumentalny, zaś Let Me Know zaskakuje lekkością i przebojowością. Poprockowy Kissin’ Time nie ukazał się na pierwszym wydaniu, ale dziś stanowi stałą składową krążka. Kiss naprawdę dobrze debiutował. To płyta, którą nawet dziś fajnie się słucha.

Joel

Kiss, Kiss

Polub nas na FacebookuTikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.