
Płyta Getting Killed zespołu Geese regularnie pojawia się na zestawieniach najlepszych albumów 2025 roku. Prasę ma więc znakomitą, a sam zespół dołączył właśnie do grona największych gwiazd indie rocka. Warto wiedzieć więc, że powstał w 2016 roku w liceum na Brooklynie i jak dotąd wydał cztery krążki.
Płyta Getting Killed zaczyna się od nieco chaotycznego numeru Trinidad, najpierw łagodnego, potem nabierającego mocy przy wsparciu gitar i instrumentów dętych. Wielkim hitem jest kolejna Cobra, choć mnie bardzo podoba się środkowa część krążka. Ta, na której pojawia się tytułowy Getting Killed, niezwykle rytmiczne Islands of Men czy klimatyczne, pełne ciekawych pomysłów melodyjnych 100 Horses. To doskonałe, klimatyczne numery. Ale niełatwe.
Bo też cała płyta nie jest łatwa. To nie jest album, który wchodzi za pierwszym razem, zachwyca fajnymi, przystępnymi numerami i po prostu wpada w ucho. Warto Getting Killed przesłuchać dwa, trzy razy. Dać szansę takim numerom jak Au Pays du Cocaine czy Long Island City Here I Come, które wzbogacone o dodatkowe instrumenty oferują naprawdę sporo. Mają klimat, tworzą nastrój, zawierają odpowiedni ładunek emocji.
Największym hitem może zostać Taxes, nieco oniryczny, ale niepozbawiony nagłego przebudzenia i tego zaskoczenia, który mu towarzyszy. To za sprawą takich kompozycji Getting Killed okazuje się pomostem w przeszłość, do czasów muzycznych eksperymentatorów, którzy nie tworzyli prostej, przebojowej muzyki, a jednak przeszli do historii. Geese też ma szansę. Oby ją wykorzystał.
Joel
Geese, Getting Killed
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.