Deftones – Ohms

Dziewiąta płyta zespołu Deftones, zatytułowana Ohms, nie jest jakimś wielkim krokiem w jego historii. Nie stanowi eksperymentu, gwałtownej próby zmiany stylu i zaproponowania słuchaczom czegoś nowego. Wręcz przeciwnie, to stare, dobre Deftones, za które pokochali je fani.

Co to właściwie znaczy? Ano Deftones to amerykański zespół wywodzący się z rejonu Sacramento i grający tak zwany alternatywny metal. Prościej mówiąc – głośne gitary, starannie łupiąca perkusja, głos wokalisty czasami przetworzony przez rozmaite modulatory i przez to nieco elektroniczny. Czuć to już w otwierającym album utworze Genesis, w którym po klawiszowym intro pojawia się melodyjna kompozycja wsparta efektownym riffem.

Mocniejsza Urania też wpada w ucho, jest mroczna i klimatyczna, do tego ostra jak trashowa Metallica. Tu jednak wokal wnosi sporą dawkę łagodności. Takie połączenie jest zresztą charakterystyczne dla Deftones. Ceremony ciągnie się nieco powoli, w odróżnieniu do bardziej rytmicznych This Link is Dead i Radiant City. Niektóre utwory łączą się ze sobą, mają przyjemne przejścia.

I chyba właśnie to decyduje o tym, że przy pierwszym przesłuchaniu Ohms wchodzi, ale nie pozostawia zbyt wiele po sobie, jakby nie miał mocniejszych, wyróżniających się kompozycji. Ale trzeba mu dać szansę, wtedy poszczególne utwory zostają w głowie. Choćby Pompei z nieco histerycznym refrenem. Niezła piosenka. Jak cała płyta.

Fifi

Deftones – Ohms

Polub nas na Facebooku, TikToku i Instagramie.



Jedna uwaga do wpisu “Deftones – Ohms

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.