Praca bez sensu

Zaczęło się od eseju, który antropolog David Graeber opublikował siedem lat temu w jednym z amerykańskich czasopism. Postawił w nim tezę, że niektóre zajęcia są bez sensu – stanowią klasyczne przykłady tzw. bullshit jobs. Temat chwycił, autor został niemalże zasypany listami i mailami z opisami podobnych posad. Tak narodziła się popularnonaukowa rozprawka Bullshit Jobs. A Theory, która niedawno została wydana w naszym kraju jako Praca bez sensu. Ja czytałem oryginał, może i przeciętnie napisany (powtórenia, błędy językowe, pisanie po trzy razy tego samego), ale wady nie powinny przysłaniać ciekawej tezy.

W Bullshit Jobs. A Theory autor przypomina tezę znanego ekonomisty Johna Maynarda Keynesa, który w latach trzydziestych XX wieku przekonywał, iż postępująca automatyzacja oraz zmiany w organizacji firm doprowadzą do powstania piętnastogodzinnego tygodnia pracy. Nic takiego się nie wydarzyło. Ludzie nadal pracują po czterdzieści, a czasami nawet więcej godzin. Tyle że znacznie częściej wykonują owe bullshit jobs, które pochłaniają czas, a kompletnie nic nie wnoszą!

Czym jest owa praca bez sensu? To „forma pracy zarobkowej, bezcelowej, zbędnej bądź do tego stopnia zgubnej, że nawet pracownik nie może uzasadnić jej istnienia, mimo że w ramach warunków zatrudnienia czuje się zobowiązany udawać, że tak nie jest”. Graeber dzieli zatrudnionych na bullshit jobs na pięć typów:

– sługusi, których jedynym sensem jest sprawianie, by inni ludzie czuli się ważniejsi, lepsi, zadbani. Przykładem niech będą odźwierni, bagażowi i windziarze w luksusowych hotelach, ale często też recepcjoniści (zwłaszcza w budynkach mieszkalnych) i różnego typu asystenci zajmujący się na przykład selekcjonowaniem poczty przychodzącej do szefa i eliminowaniem spamu.

– zbiry, których jedynym celem istnienia jest rywalizacja ze swoimi odpowiednikami w innych firmach, np. prawnikami, lobbystami, ale również telemarketerami czy specjalistami od marketingu i PR-u.

– naprawiacze, którzy istnieją dlatego, że ktoś inny pokpił sprawę, np. programiści naprawiający zepsuty kod, sprzedawcy w supermarketach ograniczający się do przyjmowania reklamacji czy korygowania błędnie naliczonych rachunków, wreszcie pracownicy lotnisk zajmujący się uspakajaniem ludzi, którym zgubiono bagaże.

– zakreślacze, którzy zajmują się przerzucaniem papierów, m.in. redaktorzy czasopism wewnątrzkorporacyjnych, administratorzy zbędnych ankiet, autorzy pomysłów istniejących tylko na papierze, za to starannie opisanych i przeanalizowanych, wreszcie generatorzy raportów, których na ogół nikt nie czyta.

– nadzorcy, czyli ludzie, którzy tworzą zbędne zadania dla ludzi, którzy owych zadań nie potrzebują, m.in. kierownicy średniego szczebla czy specjaliści od przywództwa. Ile razy człowiek pracował wiedząc, że i tak projekt, który przygotowuje, nie wejdzie w życie?

Oczywiście nie każda taka praca jest w rzeczywistości zbędna. Wielu raportów ma znaczenie dla firm, wielu kierowników średniego szczebla nie ogranicza się do przekazywania dalej tego, co wymyśli góra. Tyle że powyższe zestawienie nie uwzględnia również idiotycznych prac, które mają sens, ale wykonywane są w sposób bezsensowny. W książce pojawia się przykład informatyka zajmującego się przenoszeniem i instalowaniem sprzętu, który potrafił przejechać kilkaset kilometrów do jednej z filii klienta, by przenieść komputer z jednego pokoju do drugiego i tam go podłączyć, wszystko przy zachowaniu ważnych wewnętrznych procedur. Rzecz, którą średnio rozgarnięty pracownik wykonałby w 10 minut, jemu zajmowała cały dzień i wymagała tony papierzysk, podpisów, pieczątek, nie wspominając o wycieczce.

Według autora w idealnym świecie około 50% stanowisk mogłoby nie istnieć, a my po spełnieniu kilku warunków już teraz moglibyśmy pracować góra cztery godziny dziennie przy zachowaniu produktywności i pensji. Zachowalibyśmy też zdrowie psychiczne – okazuje się bowiem, że bullshit jobs wielu ludzi wykańczają. Zapewniają jedynie poczucie bezsensu wykonywanego zajęcia…

Na koniec dodam coś od siebie. Mam kolegę, który pracuje w korporacji. Przed pandemią siedział po 9-10 godzin w biurze. Teraz, już z domu, robi dokładnie to samo w dwie godziny. Nie marnuje czasu na spotkania, zebrania, bezsensowne zajęcia. W jakim stopniu jego stara praca była bullshit job?

PS. Babcia autora była Polką, stąd w książce pojawia się parę nawiązań do naszego kraju.

Joel

Praca bez sensu
Tytuł oryginału: Bullshit Jobs. A Theory
Autor: David Graeber
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna

Polub nas na Facebooku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.