Muse – Drones

zdalaCzas zamknąć podsumowania minionych 365 dni recenzją zdecydowanie najlepszej muzycznej propozycji tamtego roku.

Poprzednia płyta MUSE, The 2nd Law, przekroczyła granicę, która wnosiła wartość dodaną do pięknej, dotychczasowej drogi zespołu. Brytyjscy muzycy chyba również zdali sobie z tego sprawę i nowy krążek zapowiadali jako powrót do korzeni. Z wielką radością stwierdzam, iż jest to come back w wielkim stylu. Drones to album genialny!

Otwierające album Dead Inside, numer z najbardziej chwytliwym rytmem od czasów Starlight, łączy w sobie przebojowość, fajne brzmienie romansujące delikatnie z elektroniką, wwiercającą się w głowę solówkę i niebanalną melodię. Najpiękniejsze jednak dzieje się w drugiej jego części. Sposób w jaki emocje w głosie Matthew rosną z każdą sekundą można nazwać jedynie epickimi, przytyka mnie za każdym razem, gdy je słyszę. Ostatnie 2 minuty tej piosenki płyną niczym rozpędzający się okręt, którego żagle stopniowo łapią coraz mocniejszy wiatr. I o ile przy Dead Inside był to powiew przyjemny to w Psycho przemienia się w prawdziwy sztorm. Pierwszy singiel z tej płyty dosłownie zmiata z powierzchni Ziemi. Moc jego każdego elementu miażdży, jest jak rozpędzony taran, którego nic nie może powstrzymać. MUSE rozpoczynało nim letnie koncerty podczas tegorocznej trasy koncertowej i na żywo jest to jeszcze większa petarda.

Zresztą na Drones znajdujemy jeszcze wiele równie mocnych pozycji, utrzymanych zarówno w szybkim jak i wolnym tempie. Reapers to przedstawiciel tych pierwszych, pełen fantastycznych zmian aranżacyjnych, w zwrotce brzmiący jak chart spuszczony ze smyczy, w łączniku jak wprawki początkującego gitarzysty a w refrenie jak trzyosobowa orkiestra symfoniczna. Cóż tam się nie dzieje w tym fragmencie i jak fantastycznie to brzmi! Mało która kapela potrafi wyczarować tak wiele z kilkunastu sekund muzyki. Z kolei Handler to, zwłaszcza w pierwszej części, utwór stosunkowo wolny ale nie ma nic wspólnego z rzewną balladą tylko także stawia człowieka „pod ścianą”, sprawia, że nie sposób nie być przy nim napiętym i rytmicznie nie kiwać głową. Wszystko dzięki soczystemu, niezwykle dosadnemu riffowi, oraz wokalnemu mistrzostwu świata, które Matthew Bellamy osiąga w refrenie tego kawałka udowadniając, że jego głos to czwarty instrument tego brytyjskiego trio. W bardzo podobnym klimacie utrzymany jest Defector niesiony przez genialny riff, jeszcze lepszą gitarową solówkę, skwierczący bas i dostojne bębny. Aftermath to z kolei najspokojniejsza pozycja z całego albumu, kojąca i niosąca uspokojenie ale w pięknym stylu, nie w sposób „ewryfing gona bi ołrajt”. Dwa utwory zamykające siódmy krążek MUSE są wyjątkowe, każdy na swój sposób. The Globalist to najdłuższa kompozycja w historii zespołu, trwająca ponad 10 minut i czterokrotnie zmieniająca klimat. Ostatni tytułowy kawałek brzmi niczym kościelna pieśń, zaśpiewana a capella w trójgłosie i kończąca się niczym smashing hit Hoziera słowem „ejmen”.

Drones to fantastyczny, niemal pozbawiony słabych punktów koncept album o walce człowieka ze zniewoleniem. Przypomina trochę The Wall Pink Floydów, z tymże w XXI wieku rolę złego pełnią szpiegujące i kontrolujące wszystko drony. Przekaz jednak i co ważniejsze jakość muzyki pozostają te same.

– Bono

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.