
Jeśli lubicie bluesa, polubicie i Bryanta. Może nie jest to brylant, ale grać na gitarze potrafi, konwencję trzyma, eksperymentów unika, a i do przekazania ma niejedno. Urodził się w 1980 roku w Royston w hrabstwie Hertfordshire i jako czternastolatek zaczął grać. W 1999 roku robił to już profesjonalnie, zarabiając całkiem niezłe pieniądze.
Płytę Rise wydał w 2023 roku, a więc pod koniec pandemii. Nie są to więc jego młodzieńcze nagrania, ale to dobrze – zdołał zdobyć doświadczenie, koncertować u boku Joe Cockera, Carlosa Santany czy chociażby Buddy Guya. Na krążku proponuje dziesięć dość klasycznych kawałków bluesowych rozpisanych na chropowaty męski głos, gitarę elektryczną i perkusję. Tak jest chociażby w otwierającym album utworze Rise.
Animal in Me to również typowy rockowy blues, z kolei Louise zasługuje na miano dynamicznej rockowej ballady. Hard Way to Go przypomina chwilami nagrania Hendriksa, głównie za sprawą stratocastera, z kolei I Want You okazuje się coverem piosenki Boba Dylana. Scarlett Street okazuje się kompozycją łagodniejszą i spokojniejszą, choć niewątpliwie wpadającą w ucho, wyróżnia się również Into the Slipstream z charakterystycznym chórkiem w tle.
Na Rise Danny Bryant nie wychodzi przed szereg. Proponuje dość konserwatywną płytę blusową. Niezbyt odkrywczą, ale dobrze zagraną i wspaniale wyprodukowaną. Miłośnikom gatunku ma ona szanse się spodobać, wpadnie też w ucho tym, którzy rzadko kiedy sięgają po bluesa. Nie będzie jednak rewolucją. Ale czy ten gatunek wymaga rewolucji?
Joel
Danny Bryant, Rise
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.