
Wyczekiwany nowy album Madonny trafił niedawno do sklepów i punktów sprzedaży, a także na platformy streamingowe. No i sprzedaje się znakomicie. Podoba się słuchaczom. Przyciąga młodych i starych, a didżeje już grają go na letnich imprezach.
Tytuł nie jest przypadkowy. To odwołanie do wydanego w 2005 roku Confessions on A Dance Floor, albumu, który potwierdził wysoką formę wokalistki i wprowadził ją w świat XXI-wiecznego disco (tak przynajmniej pisali niektórzy krytycy). Od tego czasu minęły dwie dekady, Madonna zbliża się już do siedemdziesiątki i nadal wie, jak zachwycić publiczność. Wydaje się w doskonałej formie fizycznej, a pokazany podczas festiwalu Tribeca film promujący Confessions II to przykład świetnej roboty marketingowej.
A płyta? Płyta się broni, choć bardziej jako spójna, godzinna całość – brakuje na niej wielkich hitów, które wyróżniałyby się spośród całości materiału. Dominują utwory mocno elektroniczne, dość delikatne, równe, świetnie dopasowane do pozostałych, często wpadające w ucho już po pierwszym przesłuchaniu. I Feel so Free zaskakuje klimatem i fajnym refrenem, Good for the Same przyciąga prostotą i oldschoolem, a One For the Soul idealnie nadaje się do tańca. Fanom bardzo podoba się Danceteria, która pojawia się w większości zestawień najlepszych piosenek z albumu.
Wielu miłośników ma też Bizarre, które Madonna nagrała z Martinem Garrixem. Sabrina Carpenter pojawia się z kolei w utworze Bring Your Love, zaś w pamięci po Love Without Words pozostają syntezatory. Wieńczący album Confessions II utwór L.E.S. Girl jest zaskakująco delikatną balladką. Całość przypomina spójny set didżejski – to godzina muzyki, która sprawdza się na parkiecie i działa również podczas spaceru czy sprzątania mieszkania. A dla starych fanów wokalistki jest przyjemną podróżą w przeszłość…
Joel
Madonna, Confessions II
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.