
Lyra Pramuk pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, tworzy zaś w Berlinie. Trudno nazwać ją jednak artystką komercyjną. Jej muzyka to ambitny miks wielu gatunków, od folku przez gospel po elektronikę. A debiutancki Fountain to już w ogóle niezła jazda…
Pamiętacie film 2001: Odyseja kosmiczna i te niepokojące chóralne zawodzenia, które rozlegają się za każdym razem, gdy na ekranie pojawia się monolit? To Requiem autorstwa Györgyego Ligeta. Właśnie ten utwór pojawił mi się w głowie, gdy po raz pierwszy słuchałem tego albumu. Otwierający go Witness to elektroniczny pokład z niepokojącymi śpiewami, rodzaj misterium duchowego z jakiejś dziwnej i zapomnianej świątyni. A Tendril jest jeszcze bardziej odjechany. Nałożenie na siebie wielu głosów pozwoliło Pramuk zbudować niesamowity klimat.
Takich utworów jest na Fountain więcej. Choćby niepokojący Xeno – moim zdaniem najbliższe Requiem – czy trwające aż dziewięć minut Cradle z charakterystycznym, głębokim głosem kogoś, kogo moglibyśmy wziąć za kapłana. Ciekawostką jest Gossip, utwór najbardziej dynamiczny z całego zestawienia, rodzaj elektronicznej zabawy dźwiękami, w której to akustyka przynosi niejasne, lecz mocne emocje. Znakomity, choć trudny utwór.
I można to samo powiedzieć o całej płycie Lyry Pramuk. Fountain to wyzwanie dla współczesnego słuchacza, zwłaszcza takiego przyzwyczajonego do komercyjnej muzyki. Z drugiej strony to bardzo nastrojowa rzecz, rodzaj eksperymentu, który pokazuje, że słowa są pochodną wokalizy. Tu przecież nie ma żadnych treści, żadnego prostego przekazu, a jednocześnie jest mnóstwo emocji. Zupełnie jak u ludów pierwotnych…
Joel
Lyra Pramuk, Fountain
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.