
Czy jest Orajt? No nie bardzo. Nowa płyta zespołu T.Love lekko mnie rozczarowała, choć wiem, że niektórym wpadła w ucho. Nie miała być rewolucją, a jedynie powrotem do rockowego grania. Sęk w tym, że nie jest za bardzo rockowa. Prędzej depresyjna.
Zaczyna się fajnie, od tytułowego utworu, który ma tempo, fajną melodię, choć niczym specjalnym się nie wyróżnia. Takich utworów T.Love nagrał już w przeszłości sporo i wtedy pewnie Orajt byłby trochę taką zapchajdziurą. Tu wyrasta na jeden z lepszych utworów, zaraz obok Butów. To kolejny dynamiczny kawałek na płycie, z wpadającym w ucho przekazem „te buty piją i ja piłem też”… Potencjalny przebój, bo podoba się fanom.
Podoba im się też Księżyc nad Rakowcem, melancholijna ballada o przemijaniu, a także Melania, Agnieszka czy Poseł R.P. Mnie bardziej do serca przypadły kolaboracje, choćby Mimo wszystko z Sarsą czy Najpiękniejsze z WalusiemKraksąKryzysem. Wnoszą one sporo ożywienia na tę dość monotonną i ponurą płytę. Bo właśnie to energii, tej rockowej radości życia, najbardziej mi na Orajt pasuje. A skoro jest Orajt, to czemu jest tak smętnie?
Nie zrozummy się źle – pewnie jeszcze nieraz wrócę do tego krążka. Jest poprawny, dobrze nagrany. Ale w tej chwili nie widzę na nim piosenek, które mogłyby przejść do muńkowej historii. Nie porywają mnie muzycznie, rozczarowują tekstowo. Zdecydowanie wolę te z Hau! Hau!, no i te klasyczne, z czasów Prymitywu, Kinga, Chłopaki nie płaczą czy choćby Al Capone. Na Orajt za mało jest przebojowości, za mało też pazura. Oby nie było, że T.Love się skończył… Nie wierzę w to.
Joel
T.Love, Orajt
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.