
To jedna z tych płyt, na których się wychowałem. T. Love nagrał album King! w 1992, wciąż zadurzony w wolności, która wybuchła w Polsce trzy lata wcześniej. Zasłuchany w Dylanie czy The Rolling Stones chciał stworzyć album rockandrollowy, a jednocześnie mocny od strony tekstowej. I udało się. Dziś wiele utworów z King! to przecież klasyki.
Piosenki z tej płyty początkowo poznawałem dzięki Liście Przebojów Programu Trzeciego. W kawałku King wręcz się zakochałem, był tak uroczo niepolityczny i antykościelny. Dzikość serca była utworem koncertowym, usłyszałem ją zresztą po raz pierwszy na żywo. Do tego pachnące egzotyką Stany (bo Stany były wówczas egzotyczne i wciąż mocno niedostępne) i niesamowite, energetyczne Nabrani. To zdecydowanie moje ulubione kawałki z tego albumu.
Ale przecież radia grały więcej piosenek z Kinga!. Choćby X czy Motorniczego. Jedynie Gruby jak Elvis, Kiełbasy Hermana i Pani z dołu z jakichś powodów nie przebiły się, część osób lubiących T. Love nigdy ich nie słyszała. Podobnie jak i angielskich kawałków, He was born to be a taxi driver oraz Never come back. Niby mocno “tilafowych”, a jednak innych. Zdarzało mi się nimi zaskoczyć znajomych, którzy w latach dawno minionych uważali się za fanów kapeli.
Lubię płytę King!, ale też trudno mi byłoby wskazać album T. Love, który nie przypadł mi do gustu. Niemal na każdej znajduje kompozycje, które regularnie słyszę w radiu lub też na koncertach. Nie jestem więc w stanie obiektywnie ocenić tych nagrań, ale z drugiej strony muzyki nie da się oceniać obiektywnie. Taka prawda; ona działa na emocje.
Joel
T.Love, King!
Polub nas na Facebooku, TikToku i Instagramie.
Jedna uwaga do wpisu “T.Love – King!”