
Album zatytułowany Private Music pojawił się na wielu zestawieniach najlepszych płyt rockowych 2025 roku. Spodobał się zarówno fanom, jak i krytykom, został również okrzyknięty powrotem zespołu Deftones do wielkiej formy.
To ich dziesiąte wydawnictwo studyjne, o tyle udane, że zdołało wspiąć się na piąte miejsce listy Billboardu, co rockowym zespołom nieczęsto się zdarza. Spory w tym udział miał producent Nick Raskulinecz, z którym Deftones pracowali chociażby przy Diamond Eyes czy Koi No Yokan. To facet, z którym chłopaki doskonale się rozumieją i świetnie ze sobą współpracują. A skoro o chłopakach mowa; kapelę opuścił basista Sergio Vega, jego miejsce od paru już lat zajmuje Fred Sablan.
Muzycznie to wciąż alternative metal czy też nu metal, bo przecież w kilku utworach – chociażby Metal Dream i Cut Hands słychać rapowanie Chino Moreno. Ten pierwszy to dość ciekawy kawałek ze wspaniałym chórkiem i funkową gitarą, ten drugi to z kolei klasyczny, dość ponury utwór, który spokojnie podbiłby listy przebojów jakieś dwie, trzy dekady temu. Album zaczyna jednak My Mind is Mountain, przyjemny rockowy kawałek z charakterystyczną nutą, który świetnie pokazuje, co słychać będzie dalej. Bo przecież i Locked Club czy Ecdysis z fajną linią basu są w gruncie rzeczy podobne.
Które utwory szczególnie mi się spodobały? Choćby emocjonalny Souvenir, mający wielu fanów Milk of the Madonna, balladowy I think about you all the Time (przez wielu porównywany z dokonaniami McCartneya) czy roztaczający dziwaczną atmosferę Departing the Body. W efekcie Private Music okazuje się bardziej złożoną płytą niż poprzednie, mocno różnorodną i jednocześnie spójną. I bardzo fajnie się do niej wraca.
Joel
Deftones, Private Music
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.