
W 2023 roku Bendik Giske wydał płytę zatytułowaną Bendik Giske. Niektórzy podejrzewaliby, że to jego debiut. W rzeczywistości ten norweski performer i saksofonista awangardowy miał już wtedy na koncie dwa albumy, Surrender i Cracks. Wiedział, co chce grać i w jaki sposób.
Nie jest to zwyczajna muzyka, nie mam co do tego wątpliwości. Giske słynie ze specjalnej techniki oddychania, która pozwala mu grać wyjątkowo długie dźwięki. Jednocześnie nieraz gra je krótkie, rozchybotane, przypominające pracę ciała jako maszyny. Jakby tego było mało, celowo rozmieszcza tak mikrofony, by słychać było również jego oddech. Stanowi on część występu (podczas koncertu dochodzi do tego ruch) i składa się na wyjątkowe doznanie.
Słychać to również na albumie zatytułowanym Bendik Giske. To siedem tworzących spójną całość utworów składających się na nieco ponad pół godziny materiału. Materiału specyficznego, pulsującego, skupionego na relacji z instrumentem, a jednocześnie idealnie pasującego do epoki muzyki elektronicznej. Płyta nie jest elektroniczna, ale ma w sobie podobną harmonię i monotonię, podobny rytm, a do tego dziwny niepokój. W Rhizome wybija się stukot klawiszy (klap), w Rise and Fall oddychanie.
Mam świadomość, że Bendik Giske większości słuchaczy nie przypadnie do gustu. Zwłaszcza tym, którzy gustują w muzyce środka i trzymają się z daleka od eksperymentów. Ten album to muzyka skierowana do wyrobionego słuchacza, jednego z tych ludzi, którzy słuchają radiowej Dwójki w nocy i tam znajdują swoje klimaty. Warto ją popularyzować, choć ze świadomością, że nie przemówi do wielu.
Joel
Bendik Giske, Bendik Giske
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.