
Midnights to dziesiąta płyta Taylor Swift, chyba największej obecnie gwiazdy muzyki pop. Zaczynała jako nastolatka grająca muzykę country. Amerykę oczarowała w ekspresowym tempie. Dziś zapełnia stadiony na całym świecie, także w Polsce. Nie dziwię się temu, bo to, co proponuje, jest na bardzo wysokim poziomie.
Szukający na Midnights lekkich, tanecznych przebojów nieco się rozczarują. Płyta jest refleksyjna, nieśpieszna, pasująca do tytułowej nocnej godziny, w której człowieka nachodzą różne dziwne myśli, podsumowania i marzenia. W sumie jednak dość typowe dla Taylor, która często śpiewa o swoich doświadczeniach życiowych, zwłaszcza rozczarowaniach miłosnych. Przy czym nie podchodzi do tematu tak płytko jak niektóre inne gwiazdy. Analizuje, wgryza się, bada.
Choćby w Midnight Rain zestawia karierę z uczuciem, z partnerstwem. Snow on the Beach z gościnnym udziałem Lany Del Rey to z kolei sen o zakochiwaniu się w kimś, kto jednocześnie zakochuje się w tobie. Artystce wydaje się to równie niesamowite jak widok śniegu spadającego na plażę (no ale cóż, nieczęsto bywa w Polsce). W ucho wpadają też Lavender Haze, Anti-Hero czy relaksująca, ale i agresywna Karma, a więc kompozycje, które można usłyszeć w stacjach radiowych.
W USA często pisano, że albumem Midnights Taylor potwierdziła swoją artystyczną dojrzałość i pokazała, że dorasta ze swoimi fanami. Artystka debiutowała jako szesnastolatka, teraz ma już ponad 30 lat i takich też ma słuchaczy. Ale nie tylko, bo po jej muzykę sięgają i młodsi, i starsi. A niełatwo jest znaleźć tak szeroką publiczność. Trzeba mieć „to coś”, co Swift najwyraźniej ma.
Joel
Taylor Swift – Midnights
Polub nas na Facebooku, TikToku i Instagramie.
Jedna uwaga do wpisu “Taylor Swift – Midnights”