Jakiż to pięknie brutalny film! Jak szalony, jak efektowny, jak niesamowity pod względem wizualnym i choreograficznym. A przecież to tylko kino gangstersko-polityczne, w dodatku koreańskie, żaden tam Hollywood. Jasne, trzeba Asurę: Miasto szaleństwa uważnie oglądać, by nie pogubić się w poszczególnych wątkach, ale dzięki temu łatwiej go pokochać. Bo diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.
Annam niedawno opuściły wojska amerykańskie, zostawiając spore połacie niewykorzystanego terenu. To gratka dla developerów, którzy już ustawiają się w kolejce po ziemię. Jednak skorumpowany burmistrz Park Sun-bae nie zamierza tak po prostu im jej rozdać. Chce wyciągnąć z tego interesu jak najwięcej dla siebie i zniszczyć każdego, kto stanie na swoje drodze. Gość ma wszystkich w kieszeni, włącznie ze swoim szwagrem, detektywem Hanem Do-kyung, który zamierza rzucić pracę w policji i zacząć oficjalnie pracować dla niego.
Pech chce, że nieco zbyt brutalnie traktuje świadka jednego z krętactw burmistrza, skutkiem czego zabija jednego ze swoich kolegów. Naraża się w ten sposób bezkompromisowemu prokuratorowi Kimowi, który grozi mu więzieniem. Oczywiście daje też marchewkę: jeśli Han dostarczy dowody przeciwko Parkowi, wyjdzie z tego cało. Jest jeszcze Sun-mo, nowicjusz w szeregach policji, którego Han przedstawia Kimowi. On też odegra w tej historii znaczącą rolę.
Asura: Miasto szaleństwa jest niesamowicie opowiedziana. Dynamicznie, precyzyjnie, w soczystej, lecz mrocznej palecie barw budzącej skojarzenia z kinem noir. Z kamerą, która koncentruje się na detalach, a podczas sceny pościgu w oszałamiający sposób fruwa między samochodami. W każdej scenie czuć tuż napięcie, a rozdygotani bohaterowie są na krawędzi tytułowego szaleństwa. Nic dziwnego, że często posuwają się do brutalności, szarpią się, kopią nawzajem, wymachują rękami. I są w tym szalenie zajadli, ale też na swój sposób naturalni.
Wygląda na to, że Frank Underwood ma potężnego rywala na stanowisku największej politycznej kanalii. Tak soczystej postaci próżno szukać w kinie. No, może w Sin City? Bo to właśnie ten klimat…
Zobacz, jeśli:
– Chcesz zobaczyć film, w którego tytule jest Asura, ale miasto nazywa się Annam
– Tęsknisz za brutalnym kinem gangsterskim rodem z dalekiej Azji
– Potrafisz docenić sztuczki techniczne i świetne zdjęcia
Odpuść sobie, jeśli:
– Nie lubisz widoku krwi
Michał Zacharzewski
Asura: Miasto szaleństwa, Ah-soo-ra, 2016, reż. Sung-soo Kim, wyst. Woo-sung Jung, Ji-hoon Joo. Do-Won Kwak, Jung-min Hwang
Ocena: 7,5/10
Polub nas na Facebooku!