
Royal Republic może i wydają się bandem zachodnim, w dodatku królewskim, ale pochodzą z północy – ze szwedzkiego Malmö. Powstali w 2007 roku i już dwa lata później bardzo udanie zadebiutowali na światowych listach przebojów. Potem ich kawałki trafiły do gry F1 2011 i o zespole zrobiło się głośno.
Trudno, żeby tak nie było – Royal Republic grają przebojową muzykę rockową, taką lekką, nastawioną na kluby taneczne, rozgłośnie radiowe i fanów dobrej zabawy. Gdyby ktoś pożenił Alice Coopera z ABBĄ, wyszliby właśnie oni. Widać to po LoveCop z 2024 roku, bardzo przyjemnym albumie, który rozpoczyna się od wpadającego w ucho My House. To taki kawałek żywcem wyjęty z lat 80., z mocną gitarą, która regularnie znika, ustępując dyskotekowemu rytmowi.
Tytułowy LoveCop ma równie przebojową nutę, Wow! Wow! Wow! pachnie popowymi hitami sprzed lat i wręcz zachęca do tańca (choć owo zwolnienie w połowie jest dziwne). Podobnych kawałków, skocznych, zabawnych, okraszonych charakterystycznymi refrenami, jest na płycie więcej. Dość wspomnieć energetyczne Boots, balladowe LazerLove, funkowy FreakShow, pudel-rockowe Love Somebody czy Ain’t Got Time.
Royal Republic znów trafiło w cel. Nagrało album, który oczaruje fanów. Oczywiście nie wszystkim przypadnie do gustu. Znajdzie się wielu, którzy powiedzą, że to w ogóle nie jest rock, a zwykła dyskoteka wzbogacona dla niepoznaki o gitary. Dla mnie to bez znaczenia, klasyfikacje gatunkowe to zaledwie pochodna tego, co najważniejsze. A najważniejsze jest to, że album bawi. Wydaje się idealny na senny poranek.
Joel
Royal Republic, LoveCop
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.