
Zeromancer to norweski zespół grający industrialnego rocka. Powstał w 1999 roku po rozpadzie innej kapeli i istnieje – z pięcioletnią przerwą – aż do dziś. A Eurotrash to jego drugi album, stary dziś jak świat i przez niektórych uważany za najlepszy. Parę utworów z tego krążka pojawia się na każdym koncercie.
Listę otwiera klasyczny już Doctor Online, utwór dynamiczny, nieco mechaniczny i odpowiednio mroczny, z mocniejszym refrenem wspominającym o samobójstwie jako przyszłej usłudze do wyboru. Zaraz po tym kawałku wjeżdża tytułowy Eurotrash, nieco bardziej elektroniczny, a tym samym łagodniejszy. Stawia on tezę, że wszystko jest dziś na sprzedaż i wszystko też można kupić. Wannabe zaczyna się od delikatnego intro, bo też jest to kompozycja spokojniejsza, balladowa, bardzo nastrojowa. Czuć w niej echa elektropopu.
Z pewnością wyróżniają się też takie kompozycje Need You Like A Drug czy trochę mansonowski Chromebitch, będące dla mnie kwintesencją gatunku. Mocno elektroniczna, nieśpieszna Cupola należy do najciekawszych utworów na płycie, podobnie jak i cover Send Me an Angel zespołu Real Life. Świetny jest niezwykle melodyjny Philharmonic, zaś całość wieńczy długi, bo ośmiominutowy Germany. Dość niepokojący utwór.
Z pewnością Eurotrash jest albumem udanym, zdecydowanie bardziej przemyślanym niż debiut. Piosenki Zeromancer są zróżnicowane i wpadają w ucho, kilka ma autentycznie ciekawe pomysły i wyłamuje się z gatunkowego szablonu. Inne doskonale się w niego wpisują. Dla mnie to przyjemne granie.
Joel
Zeromancer, Eurotrash
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.