
O amerykańskim zespole rockowym 16Volt, grającym od blisko 40 lat dobrą muzykę industrialną, pisałem już przy okazji Beating Dead Horses. Dziś wracam do tematu, bo ubiegłoroczna płyta More of Less jest całkiem udana.
A jest całkiem udana dlatego, że nie ma jednego wyróżniającego się kawałka. Kiedy przejrzeć fora internetowe, okaże się, że fani lubią niemal wszystkie kompozycje z krążka i każdy docenia nieco inny ich zestaw. Już otwierające płytę More of Less łatwo wpada w ucho, a charakterystyczny rytm wybijany na perkusji brzmi doskonale. Mocniejszy refren zmusza do ruszenia się bądź przynajmniej tupania nóżką. Również kolejny w zestawieniu White Noise to sztos, i to taki skoczny, zagrany z pazurem.
On Memory Line przyjemnie pulsuje, Empty As Hell ma spory potencjał na przebój, a Add It All Up należy do najlepszych kompozycji zespołu. Bardzo podoba mi się również Then The World, wyraźnie mocniejszy, z gitarami towarzyszącymi wokalowi, które skutecznie budują industrialne tło. Takich kompozycji jest oczywiście więcej, widać wyraźnie, że 16Volt włożyli sporo wysiłku w przygotowanie albumu. Że to przemyślany i dopracowany set.
Oczywiście można się czepiać, że More of Less nie przynosi żadnej większej rewolucji i że to po prostu kontynuacja poszukiwań zespołu z wcześniejszych krążków. Niektórzy zarzucają też 16Volt, że utwory z płyty zlewają się w całość, że są do siebie nadmiernie podobne (choć według mnie po przesłuchaniu albumu kilka razy przestaje to być problemem). W rzeczywistości krążek jest po prostu dobry i zaspokoi oczekiwania fanów. A że nie przekona osób, które 16Volt nie lubią? Cóż, nie ma w tym nic dziwnego…
Joel
16Volt, More of Less
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.