
Starsi mogą nie wierzyć i podśmiewywać się z Taylor Swift, ale to fakt: amerykańska wokalistka jest obecnie tym, kim była Madonna w latach 80. A więc gwiazdą pop pierwszej wielkości, prawdziwą królową tego gatunku. Dziewczyną produkującą hity jak na zawołanie i bez większego trudu zapełniającą stadiony.
Płyta Lover nie jest nowa. Trafiła na rynek w 2019 roku, a więc przed Midnights, i momentalnie trafiła na szczyty list przebojów. Dla samej wokalistki była o tyle ważna, że powstała po odejściu Swift z dotychczasowej wytwórni. Trudno też nie zauważyć, że zmienił się nieco charakter piosenek. Poprzedni album, Reputation, poświęcony był zemście. Lover stanowi hołd złożony miłości i czuć to już w pierwszym singlu, zatytułowanym Me!
Me! Swift nagrała z Brendonem z Panic at the Disco. To dynamiczny, synthpopowy kawałek z charakterystycznym wojskowym werblem. Kolejny singiel, You Need to Calm Down, utrzymany jest w podobnej stylistyce, może nie marszowej, za to z electropopową nutą. Utwór skierowany jest przeciwko internetowym agresorom, hejterom, trollom i homofobom. Trzeci singiel, tytułowy Lover, to walcująca ballada. Wokalistka napisała ją sama, chciała uczynić z niej ponadczasową historię miłosną pasującą do wesel jeszcze w latach 70. Oldschool pełną gębą.
Fajnych utworów jest na Lover więcej, mnie przypadły do gustu The Archer, Miss America & The Heartbreak Prince czy Daylight. Łącznie na płycie znalazło się aż osiemnaście kompozycji rozpisanych na bitą godzinę muzyki i nie ma tu zbyt wielu słabszych numerów. To najlepszy dowód, że Swift jest wokalistką niezwykłą.
Joel
Taylor Swift, Lover
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.