
Kendo to EPka Janusza Walczuka, którego pierwsza płyta mi się podobała. Miała swój styl i klimat, pewną liryczność, kreowała wizerunek artysty może i przerysowany, ale zabawny i w swojej pozie uroczy. Kolejne wydawnictwo – Kendo – już takie dobre nie jest.
Na Kendo składa się raptem siedem utworów trwających siedemnaście minut. Niedużo, a jednak wkrada się tu pewna monotonia. Kompozycje są dość podobne do siebie, całe wydawnictwo skupia się zaś na jednym temacie. To próba opowiedzenia, jak zmieniło się życie Walczuka, odkąd zdobył popularność i, khem, został gwiazdą. O tym samym opowiadał wcześniej, więc w sumie wiele nowego tą płytą nie wnosi.
Zaczyna się od Intro, czyli najbardziej wyrazistego podsumowania sukcesu. Niby się udało, są tłumy pod sceną, ale i hejcik w internecie. Kolejna kompozycja to Wszystko pykło, kontynuacja owego wstępu, w której wokalista przyznaje się, że nie ma czasu na związki, bo ma obowiązki – to kontynuacja zwierzeń z poprzedniej płyty. Podobnie nieco spokojniejsze Przepraszam za to jaki jestem. Sady Żoliborskie to z kolei wizyta na jednym z warszawskich blokowisk, które… tak, odwiedzaliśmy już na płycie Janusz Walczuk, tej z szlafrokiem. 3 ciastka i Droga wojownika mają fajny rytm i skupiają się na życiu Janka, wraca tu jego delikatność i rozważny charakter. Całość wieńczy Bushido, w którym do głosu mocniej dochodzi Pedro.
Oczywiście to, co śpiewa Walczuk, należy brać wężykiem, bo nieraz sam sobie zaprzecza, przykładowo raz opowiada o drogiej wódce, kiedy indziej o stronieniu od alkoholu. Generalnie jednak Kendo fajnie się słucha, choć przeszkadzać może to, że to pławienie się we własnym sosie. Trzeba iść do przodu. Powtarzać to może telewizja stare filmy.
Joel
Janusz Walczuk, Kendo
Polub nas na Facebooku, TikToku i Instagramie.
Jedna uwaga do wpisu “Janusz Walczuk – Kendo”