
Eloy nie jest obcy miłośnikom rocka progresywnego. To niemiecki zespół, którego korzenie sięgają końca lat 60. Powstał w Hanowerze, a jego lider – Frank Bornemann – zdążył już wymienić cały skład. Pozostaje jednak wierny swoim muzycznym zainteresowaniom, kompozycjom utrzymanym w stylu wczesnego Genesis czy nawet Pink Floyd.
Silent Cries and Mighty Echoes pochodzi z 1979 roku i zawiera zaledwie sześć utworów. Niby niedużo, ale jest tu kilka molochów. Choćby monumentalny, trwający blisko kwadrans The Apocalypse, w znacznej mierze instrumentalny utwór odegrany na syntezatorach przy akompaniamencie gitar i perkusji. Skojarzenia z Tangerine Dreams nasuwają się chwilami same. Dochodzące w tle chórki w połączeniu z równym rytmem oznaczają kosmiczną jazdę bez trzymanki.
Takich muzycznych skojarzeń jest na albumie więcej. Astral Entrance brzmi jak zapożyczone od Pink Floyd, De Labore Solis ma w sobie echa niektórych kompozycji Yes. Ten utwór wydaje się jednak dość wtórny, głównie za sprawą ambientowych brzmień, które nie zostają rozwinięte w finale. Wieńczące całość Mighty Echoes prezentują się jednak wybornie, zupełnie jakby Eloy chciał zakończyć album odpowiednio mocnym akcentem.
W 2019 roku płyta ukazała się w wersji odświeżonej. Brzmi czysto, nowocześnie, nie szumi już tak jak oryginał, choć nie ma też trzasków winylu, z którego kiedyś jej słuchano. Jednym będzie to przeszkadzać, innym, przyzwyczajonym do słuchania Eloya z kasety, zapewne nie. Nie zmienia to faktu, że zespół proponuje na Silent Cries and Mighty Echoes ciekawą muzykę, która miłośnikom gatunku powinna przypaść do gustu. Bo czemu właściwie by nie?
Joel
Eloy, Silent Cries and Mighty Echoes
Polub nas na Facebooku, TikToku i Instagramie.