
Transformers: Przebudzenie bestii to kolejna wysokobudżetowa produkcja o wielkich robotach. Nie jest ona kontynuacją wcześniejszych filmów, a oddzielną historią z tymi samymi bohaterami. W dodatku historią sztampową i opowiedzianą w niezbyt ekscytujący sposób. Kompletnie nie czuć tu tych emocji, o które seria się prosi.
Do układu słonecznego zamieszkanego przez mechaniczne zwierzęta zwane maximalami dociera gigantyczny Unicorn, pożeracz planet. Z pomocą Scourge’a, potężnego terracona, próbuje zdobyć cenny artefakt. Jednak Scourge zawodzi, a maximalom udaje się uciec wraz z owym artefaktem w nieznanym kierunku.
Nietrudno się domyśleć, że owym kierunkiem okazuje się Ziemia. Akcja Transformers: Przebudzenie bestii toczy się w latach 90., kiedy to były żołnierz imieniem Noah, próbujący zarobić pieniądze na leczenie swojego brata, próbuje ukraść zaparkowane na pilnie strzeżonym parkingu Porsche 911. Oczywiście okazuje się nim transformer imieniem Mirage, a ich spotkanie zbiega się w czasie z aktywowaniem artefaktu przez Elenę, naukowiec z pobliskiego laboratorium, oraz pojawieniem się na Ziemi Scourge’a.
Cała reszta to już walka pomiędzy transformerami wspieranymi przez maximali a kilkoma niezwykle silnymi terraconami. Niby fajnie, ale nie do końca. Kompletnie nie czuć tu potęgi gigantycznych robotów oraz ich niszczycielskiej siły. Chwilami wydają się one drobnymi robocikami miotającymi się wśród gipsowych dekoracji. To kwestia kadrowania, przeciętniej jakości efektów specjalnych, ale również – a może przede wszystkim – zachowania ludzkich bohaterów. Kompletnie nie boją się oni owych robotów, a niekiedy wręcz pchają im się prosto pod nos, jakby byli nieśmiertelni.
Wad Transformers: Przebudzenie bestii ma więcej. Twórcy kompletnie gubią się w terenie (wątek peruwiański, gdzie bohaterowie w mgnieniu oka przechodzą podziemiami dziesiątki kilometrów, przenosząc się do dżungli), zapominają o umiejętnościach swoich bohaterów, same zaś roboty zachowują się jak rozkapryszeni dwunastolatkowie prześladowani przez zakompleksionych piętnastolatków. Większość dowcipów rozczarowuje, dialogi trafiają zaś w próżnię. Przede wszystkim zaś Transformers: Przebudzenie bestii nie gwarantuje żadnych emocji, żadnych wzruszeń. To smutny dowód na to, że współczesne blockbustery są już całkowicie pozbawione duszy.
Zobacz, jeśli:
– Kochasz wszystkie części serii
– Masz 12 lat
Odpuść sobie, jeśli:
– Liczysz, że seria musiała wreszcie się poprawić
Michał Zacharzewski
Transformers: Przebudzenie bestii, Transformers: Rise of the Beasts, 2023, reż. Steven Caple Jr., wyst. Anthony Ramos, Dominique Fishback, Luna Lauren Velez, Dean Scott Vazquez, Tobe Nwigwe, Sarah Stiles, Leni Parker, Michael Kelly, Lesley Stahl, Peter Cullen, Ron Perlman, Peter Dinklage, Michelle Yeoh, Pete Davidson, Liza Koshy, John DiMaggio, David Sobolov, Colman Domingo, Tongayi Chirisa
Ocena: 5/10
Polub nas na Facebooku.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.
Sprawdź dostępność na platformach filmowych i VOD.
3 uwagi do wpisu “Transformers: Przebudzenie bestii”