
Libertad to drugi i ostatni krążek supergrupy Velvet Revolver. W jej skład wchodziły autentyczne gwiazdy muzyki rockowej. Śpiewał Scott Weiland ze Stone Temple Pilots, na gitarach grali Slash i Duff McKagan z Guns’n’Roses oraz Dave Kushner z Wasted Youth. Do tego dochodził Matt Sorum, perkusista The Cult i tegoż G’n’R. Skończyło się tym, że Weiland wyleciał z zespołu i wrócił do swojej starej kapeli. Nie udało znaleźć się nowego wokalisty.
A szkoda, bo to fajna kapela była i to słychać na Libertad. Dość klasyczne rockowe granie ubrano w nowe, efektowne ciuszki, dorzucono trochę solówek i parę ballad. Wyszła mieszanka może i nieco komercyjna, ale na pewno dobrze przygotowana i wpadająca w ucho. Dynamiczny, hałaśliwy i chyba najostrzejszy na płycie Let it Roll świetnie otwiera ten krążek, dobrze brzmi też She Mine czy chociażby Last Fight. Energią czaruje też She Builds Quick Machines.
Sporo tu fajnych bangerów. Choćby Pills, Demons & Etc ma z kolei zacięcie punkrockowe z charakterystycznym, radosnym refrenem, podobnie brzmi też Get Out The Door. Obok tych kompozycji pojawiają się jednak ballady, choćby ośmiominutowa Gravedancer, która jest przyjemna, ale na nowe November Rain się nie nadaje. Nieskomplikowane Mary Mary brzmi fajnie. Covery Can’t Get You Out Of My Head oraz Psycho Killer się bronią, choć osobiście wolę oryginały.
Płyta Libertad jest udaną kontynuacją poprzedniej. Jak na swoje czasy, wydaje się nowoczesna, całkiem zróżnicowana, a do tego lekko zagrana. Garażowy klimat się broni, przebojowość jest odpowiednia. W efekcie człowiek zaczyna żałować, że zespół tak szybko zakończył swoją karierę. Piosenki, które po sobie pozostawił, uzasadniają sens jego istnienia w stopniu co najmniej znacznym.
Joel
Velvet Revolver, Libertad
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.
Sprawdź dostępność na platformach filmowych i VOD.