
Rok, w którym nie umarłem to kolejny przykład polskiej prozy zawałowej. Wiem, temat teoretycznie ciężki, ale ponieważ cenię sobie Zawał Białoszewskiego i następujący po nim Konstancin, to po tekst Mikołaja Grynberga sięgnąłem z zainteresowaniem. I nie zawiodłem się. To zaskakująco przyjemna, choć dość krótka lektura.
Grynberg trafia do szpitala. Przez chwilę nie jest pewne, czy w ogóle przeżyje, choć przecież ratownicy medyczni bagatelizowali objawy. Uspokajali. Potem jednak robi się dobrze. Mamy pewność, że gość wyzdrowieje. Stanie na nogi. I nie jest to spoiler, bo tytuł, bo sam fakt istnienia książki. Ale zanim do tego dojdzie, Grynberg musi swoje odleżeć. Posłuchać rozmów współchorych, poczekać na lekarza, policzyć na pomoc pielęgniarek. Zderzyć się ze wszystkim, co wiąże się z poważnym kryzysem zdrowotnym. A wiąże się z nim sporo.
Choćby strach. Słabość. Niepewność. Zagubienie. Ale też przewartościowanie świata, nagłe docenienie tego, co się ma. Życia, pracy, rodziny. Wielu zwykłych chwil, na które normalnie się nie zwraca uwagi, ale na skutek choroby nabierają niebywałej wartości. Stają się czymś ważnym i pięknym. Co ważne, Grynberg pisze o tym bez zbędnego patosu i z odrobiną czarnego humoru, za sprawą którego książka nie jest smutna ani ponura.
Rok, w którym nie umarłem przypomina dziennik, bo też zrodził się jako dziennik. Autor wylądował w szpitalu i gdy tylko poczuł się na siłach, zaczął notować opisywać otaczającą go rzeczywistość. W efekcie równie ciekawie jak Białoszewski prezentuje nam świat po zawale. Owszem, korzysta z nieco innych środków, wydaje się bardziej zwarty, dowcipny, ale też mniej zakochany w zwykłej, szarej codzienności. Mnie to jednak wystarczy. Takie książki lubię.
Joel
Rok w którym nie umarłem
Autor: Mikołaj Grynberg
Wydawnictwo Agora
Polub nas na Facebooku, TikToku, BlueSky i Instagramie.
Polub nas w serwisie Media Krytyk.